Po pokonaniu Spartathlonu, biegu 48-godzinnego w hali i blisko 100 maratonów wydawać by się mogło, że trudno będzie znaleźć kolejne duże wyzwanie...ale znalazłem ;)

 

(Pierwszy raz miałem zmierzyć się z dystansem 200 mil, mając taką możliwość poprosiłem organizatora o przyznanie numeru 200)

Nie ma jednak rzeczy niemożliwych, wystarczy odwaga i solidny trening a przede wszystkim wielka pasja, którą nosimy w sercu. Dosyć długo szukałem w zagranicznych kalendarzach biegu, który pobudziłby moją wyobraźnię i zmobilizował do mocniejszych a przede wszystkim dłuższych treningów. Wiedziałem też, że nie będzie łatwo powtórzyć przygotowania jakie kiedyś sobie zaaplikowałem tj. samotny bieg z Pragi do Wrocławia w ramach ultra treningu.

Trafiłem na bieg Ultra Great Britain na dystansie 200 mil z zachodniego wybrzeża Wielkiej Brytanii na jej wschodnie wybrzeże. Bieg w formule non-stop czyli to co lubię – kto pierwszy dobiegnie ten lepszy. W trakcie ewentualnego odpoczynku czy snu czas leci dalej. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie tą chwilę... stoisz w wietrze na brzegu Wielkiej Brytanii, odliczanie, strzał startera i biegniesz na drugi kraniec kraju ! To wydaje się absolutnie szalone, gdy otworzyłem oczy i spojrzałem na mapę biegu wydało się to jeszcze bardziej niesamowite. 

 

200 mil, to blisko 323 kilometry, dystans równy Spartathlonowi i na dokładkę Rzeźnik, to więcej niż 3x Kaliska Setka, to jak dwa Ultra Gwinty...wreszcie to prawie 8 maratonów do połknięcia. Przy takich dystansach organizm u wielu odmawia posłuszeństwa, nie każdy jest przygotowany by to znieść.

Niemożliwe? Absolutnie nie dla mnie. Aby dokonać takiego wyczynu należy się porządnie przygotować. W swojej przygodzie z bieganiem mam za sobą 5 lat wyczynowego trenowania sprintu (stąd chyba brak kontuzji i dobra obudowa oraz mocny organizm) i 19 lat biegania maratonów. Nigdy nie robię treningu na 100%, zawsze zachowuję rezerwę bo wiem, że jest kolejny dzień, kolejny tydzień, kolejny miesiąc.

Do tego na liście startowej (limit 100 osób) byłem jedynym Polakiem co jeszcze bardzie dodawało motywacji.

Próżno szukać planów treningowych na przebiegnięcie 200 mil zatem cała nadzieja była w moim w doświadczeniu i w długoletniej systematyczności. Sprawą oczywistą było zwiększanie kilometrażu tygodniowego do 140-170 by osiągnąć kilometraż ponad 600 km w miesiącu. Punktem kulminacyjnym był start w biegu Zielonka Challange na ok. 75 kilometrów (zająłem 5 miejsce w generalce) i konkretna przystawka w postaci udziału w Great Barrow Challenge czyli 10 biegów ultra w 10 dni w którym zająłem 2 miejsce w klasyfikacji generalnej wygrywając 2 etapy.

Dziennie przebiegaliśmy od 52 do 54 kilometrów, oznaczało to, że biegając kilka dni również przed zawodami miałem dwa potężne tygodnie zawierające te zawody; pierwszy tydzień po około 220 km i drugi aż 380 km !!! W rezultacie finałowy miesiąc przygotowań zakończyłem rekordową liczbą 800 kilometrów i już wiedziałem, że jestem solidnie przygotowany a moje treningi nie pójdą na marne, pozostał okres luzowania i do boju !

 

Bez problemu opracowałem sprawę dotarcia na miejsce zawodów, noclegi i biuro zawodów. Miałem zaledwie 200 metrów do biura zawodów i kolejne kilkaset metrów na miejsce startu. To ważne by zadbać o prawidłowy wypoczynek i nie pokonywać zbędnych odległości. Przed tak długim dystansem regeneracja jest najważniejsza.

Southport to urokliwa miejscowość, licząca blisko 100 tysięcy mieszkańców, niedaleko Liverpoolu z którego dojechałem autokarem.

Ulica na której miałem wynajęty pokój w typowym stylu angielskim. Z tego miejsca dosłownie na końcu ulicy znajdowało się biuro zawodów. Idealna lokalizacja. Pamiętać jednak musiałem oczywiście o noclegu na mecie ponieważ do Southport już po biegu nie wracałem. Zarezerwowałem więc nocleg w miejscowości Hornsea czyli na mecie, na drugim końcu Wielkiej Brytanii by mieć gdzie odpocząć i przenocować po biegu. Oceniłem ,że zamiast 4 dni dobiegnę w 3 dni, co też musiałem wziąć pod uwagę przy rezerwacji końcowego noclegu. A co by było gdybym przybiegł dzień wcześniej lub dzień później? ;) Ewentualnie w czasie biegu zmieniłbym telefonicznie rezerwację ;)

Sama logistyka również była wyzwaniem, gdyż prócz obowiązkowego tzw. kit zawierającego m.in. mapy, wiatrówkę, czołówkę, dodatkową bluzę termiczną, koc ratunkowy, telefon itp. (całość ważyła około 4kg), trzeba było również przygotować sobie rzeczy na punkty kontrolne. Nie mając swojego supportu musiałem określić gdzie zostawię śpiwór, rzeczy na przebranie czy dodatkowy prowiant.

Oczywiście wszystkie rzeczy wcześniej przetestowałem, odżywki w tym świetne Spring Energy również a przysłowiową kropką nad "i" był trening ponad 30 km w pełnym ekwipunku aby sprawdzić czy plecak z obowiązkowym wyposażeniem nie obciera oraz czy jego ciężar jest tolerowany prawidłowo przez organizm.

 

Dzień przed biegiem odbyła się odprawa oraz odebranie numerów startowych. Oczywiście można było przynieść worki odpowiednio oznaczone, które organizator zawoził na przepaki. Z uwagi na typową angielską pogodę musiałem zadbać o rzeczy na przebranie na wszelki wypadek na każdym punkcie, w tym skarpety i wazelinę. 

Po lewej stronie widać jeden z worków z moim numerem startowym 200, specjalnie wybrałem żółty aby łatwo było odnaleźć na wszelki wypadek wśród innych toreb w punkcie przepaku. Drobny niby szczegół a ma znaczenie by sprawnie dostać swoje miejsce i skorzystać z rzeczy które się do niego spakowało ;)

Całą noc padał deszcz. W zasadzie przestało padać dopiero jak zjadłem śniadanie. O 6 rano w dobrym humorze odebrałem nadajnik GPS, dzięki któremu rodzina i znajomi mogli mnie śledzić mnie na trasie. U wszystkich widać było bojowe nastawienie ale również wielką serdeczność. Przed nami było wielkie wyzwanie i najważniejsze było by pokonać własne słabości.

 

W sumie na starcie o 6 rano stanęło nas około 80-ciu śmiałków. Niektórzy jak się okazało z własnym kilkuosobowym supportem (w tym dietetyk czy nawet osobisty masażysta!).

Formuła non-stop jest niesamowita! Słyszymy dźwięk startu i do świadomości dociera informacja, że właściwie to bieg zakończy się za 3-4 dni, po drodze sami regulujemy kiedy śpimy, nasze zadanie to dobiec na drugi koniec Anglii na zasadzie, kto pierwszy ten lepszy ;) Nie zastanawiając się dłużej...ruszyłem. 


 

Na dzień dobry wiatr w twarz, porwisty i wymagający. Pogoda jak to w Wielkiej Brytanii mimo sierpniowego terminu była typowa czyli pochmurno, wietrznie i deszczowo. Na pierwszych 100 kilometrach doliczyłem się aż 12 ulew w tym niektóre tak mocne, że aż musiałem taktycznie schować się pod dachem gdyż przemoczenie butów na tak wczesnym etapie mogło spowodować pojawienie się pęcherzy a w konsekwencji ran. Trochę męcząca była operacja zakładania i zdejmowania kurtki. Za każdym razem kiedy oceniłem, że leje konkretnie, po założeniu kurtki deszcz jakby dla kaprysu przestawał padać. Po zdjęciu kurtki i przebiegnięciu kilkunastu-kilkudziesięciu minut zaczynał padać ponownie ;) I tak te 12 razy. 


 

Przejaśniło się i można było biec mocniej ;) Pierwszy dzień to spokojne ocenianie własnych sił, obserwowanie kto wyrywa do przodu a kto rozważnie rozkłada siły. Uśmiech jeszcze u wszystkich widniał na twarzach, wszak kilkadziesiąt kilometrów pierwszego dnia to przy przygotowaniu do takiego kolosa zaledwie rozgrzewka ;) 

 

 

Jeden z pierwszych punktów odżywczych / kontrolnych. Widziałem po drodze samochody supportów. Początkowo myślałem, że biegacze są bardziej zmęczeni i potrzebują pomocy. Na mecie okazało się jednak, że w miarę posuwania się po trasie to wsparcie zadecydowało, że byli przede mną. Lepsze jedzenie, masaże, wsparcie...to przełożyło się na lepsze wyniki. Może i mi będzie kiedyś dane wystartować z supportem ;)

 

 

Czołówka oczywiście mocno wydarła do przodu. Ja biegłem wg oceny własnych możliwości. Na trasie jeszcze mijaliśmy się, jeszcze towarzystwo było na trasie. Wkrótce jednak zaczęła się samotna walka ze sobą i z dystansem. Powyżej: miłe chwile po dotarciu do kolejnego punktu ;) Ekstra ekipa ! Zmęczenie już lekko daje się we znaki ale nadal motywacja i chęci na najwyższym poziomie u wszystkich ;)

 

 

Kawa i sprawdzenie stóp. To mój rytuał na przepakach szczególnie w wymagającym terenie i przy tak deszczowej pogodzie. Zawsze zostawiam wazelinę i parę skarpetek na przebranie. Dzięki takiemu zabiegowi można 200 kilometrów i więcej przebiec bez pęcherzy ;) A pęcherze jak wiemy są dokuczliwe, pieką, bolą i powodują duży dyskomfort spowalniający nas na trasie.


 

Czytając relację człowiek patrząc na stół z chęcią by te słodkości do popołudniowej kawy wciągnął ale po dziesiątkach kilometrów kolejny słodki punkt odżywczy jednak nie dodawał sił ;) Powoli zaczynałem słabnąć, brakowało konkretnego i ciepłego jedzenia.

 

 

Droga dłużyła się, wzdłuż pól, ulic, rzek. Rzadko już można było spotkać innych biegaczy. Nachodziły tradycyjne myśli...daleko jeszcze? ;) Kolejny punkt to możliwość spotkania ludzi, mała odmiana i doping ze strony wolontariuszy.

 

Chwila odpoczynku...to właśnie na takich punktach mogłem sprawdzić miejsce, spotkać innych biegaczy...to tutaj zawsze spotykałem wspaniałych wolontariuszy. Zawsze uśmiechnięci mimo długiego oczekiwania na biegaczy. Z podziwem i zdumieniem obserwowali nasze zmagania. Dziękuję za opiekę nad nami.

 

 

Banan w rękę i w drogę. Jako jedyny Polak wśród startujących musiałem pokazać, że nie ma lipy ;) I wszystko jest pod kontrolą. Zawsze motywuje mnie gdy widzę, że inni jeszcze się ociągają, zastanawiają się czy już ruszyć...podczas gdy ja zbieram się w garść i z energią ruszam w dalszą drogę ;)

 

 

Oczywiście miałem pewne założenia czasowe i miejsce. Natura jak zawsze pokazywała swoją moc. Kilka kilometrów po krzakach, błocie, bagnach solidnie skorygowało plany. Ale ustabilizowałem się na 19-20 pozycji. Momentami zastanawiałem się gdzie ja byłem, gdzie biegłem...przemierzałem przez cały kraj!

To się działo naprawdę ;)

 

 

Udało się dotrzeć do kolejnego punktu, pamięć trochę szwankuje, etapy zlewają się w całość ale jedno jest pewne, w końcu po przedostaniu się przez to błoto, dotarłem do kolejnego przepaku gdzie była możliwość trochę się ogrzać, coś podjeść i ruszyć dalej w drogę.  Przede mną nocka...

 

 

Ten punkt akurat doskonale pamiętam ponieważ nieźle dostałem w kość ;-) Była już noc chyba między 1 a 2 kiedy przedzierając się 1,5 kilometra przez jakieś gospodarstwa, płoty, krzewy i wielkie wzgórze porośnięte wysoką trawą brodząc w błocie zorientowałem się, że musiałem minąć punkt kontrolny. Zadzwoniłem do organizatora ,który widział moją pozycję dzięki nadajnikowi ,który mieliśmy obowiązek cały czas mieć przy sobie i powiadomił mnie, że muszę cofnąć się do tego punktu. Inaczej będę zdyskwalifikowany. Cóż....nie było wyboru, zacząłem schodzić w ciemnościach z wzgórza podczas gdy już kolejni biegacze kierowali się do szczytu z którego wracałem... Po dotarciu okazało się, że punkt był praktycznie niewidoczny, nie wyróżniał się spośród innych domostw. Na szczęście informacja od biegaczy ,którzy wychodzili z owego punktu pozwoliła na dotarcie do niego. W sumie straciłem około 3 kilometry, najgorsze ,że musiałem tam jeszcze wrócić. Zapisano iż dotarłem na checkpoint a ja zmarznięty spożyłem zupkę i podjadłem moje zapasy. Nie było lekko ale duch bojowy we mnie nie zmalał. Była to raczej sportowa złość by mocnym tempem nadrobić stracony czas. ;)

 

 

Udało się przetrwać pierwszą nockę a widoki wynagrodziły mi trudy zmagań ;) Wprawdzie stawka już mocno się rozciągnęła i po horyzont nikogo nie było widać ale to właśnie uroki super ultra czyli kontemplacja, walka ze sobą i napieranie ;) 

 

 

I tak przez góry i doliny przez cały dzień przemierzałem wiele, wiele kilometrów nie spotykając praktycznie nikogo. Na szczęście nawigacja działała i wiedziałem, że zmierzam w dobrym kierunku. Zapasowe powerbanki również spisywały się dobrze. Byłem jak wędrowiec, który w sobie tylko znanym celu zmierza przed siebie.

 

 

Dotarłem do punktu kontrolnego, fizycznego i mentalnego gdzie czułem ,że absolutnie muszę odespać ;-) .

Zrobiłem sobie około 2,5 h snu by zebrać siły na dalszą drogę.

 

 

Trochę podjadłem choć trzeba przyznać, że przy tylu kilometrach brakowało mi przede wszystkim mięsa ;) 

Na takim jedzeniu biegacz za długo nie pociągnie ;)

 

 

Po pobudce, przebraniu się i spakowaniu, ruszyłem w dalszą drogę. Niektórzy jeszcze też odsypiali więc była okazja trochę poprawić swoją pozycję. Po czasie stwierdzam, że za dużo czasu traciłem na takich punktach nie mając supportu. Dotyczy to zajmowania się posiłkiem, rozrabiania odżywek, przygotowywania nowych ubrań do dalszej trasy. Czasami przy zmęczeniu i powolnych ruchach zajmowało to w sumie blisko 40 minut! Zdecydowanie za dużo.

 

 

 A oto i szklak którym biegliśmy ...Trans Pennine Trail…...długi ale urokliwy ;) 

 

 

I tak minął drugi dzień a ja miałem bardzo duże kłopoty aby dotrzeć do noclegu. Ale w końcu udało się odnaleźć świetlicę w ciemnych zaułkach miasteczka. Na kolejne mufinki i chipsy już nie miałem ochoty. A na sali prawdziwe pobojowisko. Niestety nie było gdzie się przespać, więc pozostała krótka drzemka może kilkadziesiąt minut.

 

 

Prawie jak po bitwie a dokładnie w środku bitwy ;) Nawet jakąś maskotkę na pocieszenie ktoś ze sobą targał ;) Ten punkt był naprawdę hardkorowy.

 

 

Czas ruszyć w dalszą drogę mimo,że na dworze ciemno i zimno. Ta noclegownia była zbyt przytulna (spałem bez ciepłych rzeczy na podłodze) więc szybka drzemka jakieś 30 minut i trzeba było się zbierać. Może kolejny przepak okaże się bardziej sprzyjający by się solidnie zregenerować.  

 

Blisko świtu minął mnie Singapurczyk wraz z supportującym synem. Chwilę tj. około 5-6 minut przysnąłem na murku. Kiedy mnie mijali spytali się czy wszystko ok na co odrzekłem ,że tak ale potrzebuję małej przerwy. Mówili ,że gonili mnie przez wiele kilometrów określając mnie "złoty człowiek" po folii ,którą miałem na sobie a którą ogrzewałem się przed porannym chłodem. Byłem dla nich chyba jak światełko w tunelu ;)

 
Nastał piękny świt ale do mety była jeszcze długa droga. Zmęczenie już to fizyczne spowodowane przede wszystkim brakiem snu dawało się we znaki.


 
Było to po drugiej nocy a wtedy najczęściej pojawiają się zwidy, majaczenia itp. Ja np. w krzakach ułożoną z patyków zobaczyłem taką oto czającą się śmierć z kosą ;) wnet obudziłem się stwierdziwszy, że żywcem jednak mnie nie wezmą te nocne mary ;)


 

Królowa jest wszędzie ;) Czas trochę odpocząć, podjeść i zdrzemnąć się chociaż kilkanaście minut. Szybka regeneracja i lecimy dalej !

 

 

Łóżek nie ma, materacy nie ma ale bardzo miłe obsługi z grupy wspierającej zadbały o mnie i stworzyły królewskie łoże ;) W tym czasie przygotowywany był posiłek.

W sali panowała cisza i spokój, za mną chyba ktoś również odpoczywał. Uśmiech nadal na twarzy więc rezerwy do dalszej walki są. Przede mną jeszcze jeden dzień zmagań a trzeba pamiętać, że ścigamy się w formule non-stop więc odpoczynki za długie nie mogą być ponieważ kiedy ty odpoczywasz...ktoś w tym czasie napiera kolejne kilometry by szybciej osiągnąć upragnioną metę ;)

 

 

Moja chińska zupka , kawka i tost z fasolką ;) Mocy to mi za dużej nie dało jak na dwa dni biegania ;) Cóż zrobić ;)


 

Po około 200 kilometrach poczułem w okolicach Achillesa pojawiającą się opuchliznę. Mocno to mnie zaniepokoiło ponieważ do mety było naprawdę jeszcze daleko.

Po dotknięciu na szczęście nie bolało. Straciłem czas ale zacząłem sprawdzać przy jakiej pozycji, jakim ruchu i w którym momencie czy czuję jakikolwiek ból. Metodą prób i błędów a potem po ściągnięciu buta wydedukowałem, że to nie może być nic poważnego ponieważ przy truchcie bez buta nic nie boli zatem nie jest to kwestia przeciążenia a kwestia buta. Okazało się,że pod wpływem wysiłku stopa cała spuchła również w tym miejscu i zapiętek uciskał wręcz w to miejsce powodując stan zapalny (opuchlizna była wszerz a nie wzdłuż ścięgna). Upewniłem się gdy zwinąłem obie wkładki w rulon i wtedy miejsce ocierania i naciskania było wyżej poza zapiętkiem (nie miałem nożyczek czy noża aby uciąć końcówkę zapiętka). Po takiej próbie okazało się,że mogę biec dalej a po kilku godzinach miejsce ,które było uciskane zregenerowało się. 

Zajęło to dużo czasu ale uspokoiło mnie i mogłem kontynuować zawody, odetchnąłem z ulgą ;)

 

Kolejna chińska zupka (ehhhh) i tościk).  Głodny i zmęczony. To już trzecia nocka. Ciężko mi było znaleźć ten punkt. Do mety ostatnie 10-12h ? Zarządziłem sobie około 1,5h drzemki coś między 23 a 0:30. Wg, obliczeń do mety było około 56 km w trudnym terenie i w trudnych warunkach atmosferycznych.

 

 

Zombie śpią ;) Najtrudniej zostawić ten ciepły zakątek i ruszyć dalej w trasę, gdy za drzwiami pada deszcz, ciemni wszędzie i wiatr hula na dobre. Ten widok naprawdę niejednego przyprawiłby o gęsią skórkę i przerażenie. Majaczenie ludzi, jęki, odgłosy cierpienia...prawdziwe pobojowisko.  

 

 

Jak widać DB4 czyli ostatni przepak. Zdjęcie ewidentnie nie jest pozowane ;) Prawdziwy świat ultra, bez owijania. To są prawdziwe trudy walki, walki o przetrwanie. W nogach jakieś 250-260 km ;) Całe szczęście ,że wolontariusze szanowali nasze zmęczenie i w ciszy mogliśmy odpocząć, to ważne przy takim wysiłku. Nawet pytali się o której obudzić, na wszelki wypadek zawsze włączyłem budzik aby przypadkiem nie zakończyło się kilkugodzinnym snem.


 

Najtrudniej było wstać i ruszyć w dalszą drogę. Ten punkt zapamiętam na długo. Wydawało się,że do mety już będzie łatwo...jednak jak tylko wyszedłem z budynku sam w nocy (około 1) zaczęło mocno padać. W ciemnościach podążałem na ostatni odcinek. Pola mocno już zarośnięte i mokre sprawiły ,że bardzo szybko buty przemokły, skarpety praktycznie można było wykręcać a przede mną jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i brak możliwości przebrania i zmiany skarpet oraz obuwia ponieważ był to już ostatni przepak z którego wybiegłem. Zaczęła się konkretna batalia o dotrwanie do mety. 

 

 

Jest moc, przetrwałem najgorsze, niedługo świt i do mety jest już naprawdę blisko pewnie jakieś 20-30 km. Napływa wspaniałe uczucie ponieważ wiem, że cel jest bardzo blisko. Niewyobrażalnie długa podróż. 

 

Już świta...to niewiarygodne ale jestem trzeci dzień w biegu! Kilkanaście kilometrów od mety. Cały czas pozycja 20. Wybiegło nas ponad 80 a ukończy około 40. Mam siłę truchtać ale stopy są absolutnie zmasakrowane od przemoczonych butów i skarpet ,które przez ostatnie 8 godzin nie miały możliwości wyschnąć.

 

 

Ciekawa sytuacja , na 13-14 km przed końcem trasa prowadziła przez kanał. Który w momencie gdy dobiegłem z jeszcze jednym biegaczem okazał się zamknięty.

 Musieliśmy poczekać 15 minut, które wykorzystałem na drzemkę aby podpłynął mostek - barka i mogliśmy przedostać się na drugą stronę ;) 

 

 

Na 10 kilometrów przed metą dołączył do mnie rodak Grzegorz Semik. Dziękuję za wsparcie na ostatnich kilometrach! Ostatnie kilometry zleciały na miłych pogawędkach. 

Był świadkiem mojego wielkiego cierpienia na ostatnich kilometrach ponieważ stopy były zmasakrowane. Mam nadzieję, że jeszcze na jakimś biegu spotkamy się ;)

 

 

Wspólnie na mecie Ultra Great Britain ;) Dziękuję Grzegorz za wsparcie ;)

 

 

Upragniona meta i duma. Byłem pierwszym Polakiem i jedynym ,który ukończył ten bieg. 200 mil czyli 323 km przez Anglię to niesamowicie długa droga. 

   

 

Za metą nie miałem siły dojść do mojego hotelu w Hornsea mimo,że znajdował się około 600-800m od linii mety. Po trzech dniach biegu marzyłem by położyć się i leżeć tak długo jak mam ochotę ;) Żona kolegi z trasy Martina, Susan Hookway podarowała mi na chwilę kurtkę bym nie marzł i w cieple odpoczął. Po takim wysiłku pojawiły się dreszcze. Zmęczony zasnąłem a po 3 godzinach oddałem kurtkę cierpliwie czekającej Susan. Marin mimo kontuzji ukończył ze świetnym wynikiem. 

 

 

 Nadszedł też czas by obejrzeć stopy ;) Wyglądały na zmasakrowane ale to powód biegu ponad 10h w mokrych skarpetach i butach. Odcisków nie było ale odparzenia spore. 

Niestety po wybiegnięciu z ostatniego punktu na mokre polany do tego w deszczu już nie można było przebrać się. Ból na ostatnich kilometrach był potężny jakby ktoś żyletkami pociął stopy. Ostatnie 5 km robiłem w godzinę ! Ponieważ musiałem robić przystanki aby je rozmasować i doprowadzać do stanu używalności ;)

 

Podkładki , które obie podwójnie złożone pozwoliły na kontynuację biegu. Patent mojego kolegi Damiana ;) Miejsce, które uciskało okolice Achillesa czyli na wysokości zapiętka znajdowało się w ten sposób nad nim. Nie miałem noża czy nożyczek aby uciąć zapiętek stąd ten sposób okazał się skuteczny. ;-)

Wymoczona stopa, piekąca i bezlitośnie zmęczona. Ale dałem radę i mimo iż tempo spadło to cel został osiągnięty. Miejsce 20-te utrzymane i satysfakcja na mecie ;)

Wielu po biegu zadawało pytanie o czym myślałem przez tyle kilometrów. Na początku obserwowałem okolicę (przebiegaliśmy przez Liverpool i Manchaster), potem wsłuchiwałem się w organizm, odczytywałem sygnały od organizmu na temat tego czego mi potrzeba. Ważną sprawą były oczywiście przepaki, smarowanie stóp wazeliną (zużyłem aż trzy tubki) oraz ratowanie organizmu przed wycieńczeniem gdyż punkty odżywcze były ubogie.

Kryzys? Pojawia się wielokrotnie, czasami lekki ale i tak w swej sile większy niż na typowej ścianie maratońskiej, czasami tak silny, że wznosimy oczy do niebios w nadziei, że jakimś cudem ukończymy.

 

Były momenty bardzo trudne jak samotny bieg w deszczu przez pola kiedy po ostatnim przepaku zmoknięte skarpety i buty spowodowały iż stopy wręcz piekły a ból przypominał rany cięte żyletką dotykające swą wrażliwą stroną rozsypanego szkła na drodze. Telefonującym znajomym określałem ból nóg jako stan w którym po lekkim dotknięciu nogi same odpadają od tułowia. Wystarczy wyobrazić sobie ponad 300 km na trasie, samemu czasami gdzieś w górach, w nocy przedzierając się przez błotniste wzgórze na rezerwie czując głód. To naprawdę bolało i wymagało olbrzymiej siły woli porównywalnej z wolą przetrwania. Przez 3 dni biegu spałem w sumie zaledwie 7,5 godziny na szczęście bez częstych w takich biegach majaczeń czy przewidzeń.

Moje wielkie serce do walki i pasja pchały mnie cały czas do przodu. Ani razu nie zwątpiłem w osiągnięcie mety nawet gdy spuchło jedno z więzadeł ale bieg ukończyłem bez kontuzji.

Najpiękniejsze jest to, że na drugi dzień mogłem biegać i kontynuować moją życiową pasję.

Mam kolejne plany, kolejne biegowe marzenia. Niesamowitą foto-relację już niedługo przeczytacie na mojej stronie kujawinski.com

 

Najważniejsze w tym wszystkim to mieć marzenia, trenować z głową systematycznie, uczyć się od lepszych i mieć w swoim otoczeniu wspaniałych znajomych i rodzinę, którzy mocno kibicują i wspierają w takich biegowych wyprawach. Wtedy nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko marzenia do spełnienia. Dziękuję wszystkim kibicującym, którzy dodali mi sił by tego dokonać, przebiec przez Wielką Brytanię na dystansie 200 mil.

 

 

Sprawdzanie stanu technicznego przed snem. Tego typu opuchlizna nie robi już wrażenia ponieważ wiem, że to nic groźnego. Przemęczenie, przeciążenie, które po 2-3 dniach już przejdzie. Gorzej gdyby taki widok jawiłby się po skręceniu kostki, wtedy martwiłbym się bardziej. Dobry sen, odpoczynek, regeneracja i będzie ok.

 

Na drugi dzień to o czym marzyłem czyli pyszna nadmorska rybka , całość w stylu brytyjskim fish and chips ;-) Przyznam, że coś wspaniałego, jakoś smaczna i niesamowitej jakości. W końcu mogłem odpocząć i delektować się nadmorskim klimatem.

 

Zagraniczne biegi ultra to okazja by poznać innych wspaniałych biegaczy. Lim Nghee Huat przyleciał wraz z rodziną aż z Singapuru! Miałem okazję już kiedyś tam pobiegać wprawdzie na treningu ale kto wie może jakiś bieg ultra jeszcze kiedyś tam również pobiegnę ;)

 


Dałem radę kolejny raz. Zajęte miejsce 20 na ponad 80 śmiałków z całego świata uważam za dobry debiut na tak długim dystansie, najdłuższym pokonanym przeze mnie do tej pory. Na każdego czekał dyrektor Wayne Drinkwater, który na drugi dzień osobiście odwiózł mnie do hotelu w Manchasterze, za co jestem mu bardzo wdzięczny !

Do zobaczenia, być może na powtórce ale w kolejnej edycji już w Szkocji ;)

 

Po biegu myśli na gorąco:

Każda dobra myśl, każde zaciśnięte kciuki, każdy post życzący powodzenia to siła na każdy kolejny krok, na każdy kolejny kilometr. Osiągnięcie mety wymaga nie tylko treningu ale i wielkiego wsparcia najbliższych. W tym miejscu chciałbym podziękować oczywiście cierpliwej żonie Agnieszce, rodzicom i bratu Grzegorzowi, całej rodzince z Poznania i innych miast Polski. Nie sądziłem, że lista, osób którym chciałbym podziękować byłaby tak długa więc nie chciałbym nikogo pominąć ale na szczęście większości udało mi się już osobiście podziękować za wsparcie i trzymanie kciuków ! To wspaniałe gdy serdeczny kolega Damian dzwoni gdy na trasie jest ciężko, gdy rodak Grzegorz Semik dołącza na ostatnie 10 km by wspólnie osiągnąć metę (to on widział całą prawdę cierpienia tych ostatnich kilometrów ;), gdy niezawodny przyjaciel Mariusz kolejny raz pełen emocji cieszy się wraz ze mną z ukończenia ekstremalnego biegu. Media oraz liczne grono z rodziny, biegaczy i biegaczek śledzących wyniki on-line to wszystko wierzcie mi pomaga.

Dziękuję, że tak liczne środowisko biegowe trzymało kciuki. Razem dokonaliśmy tego wyczynu ! To nie jest moje ostatnie słowo w biegach ultra, dziękuję ,że mogłem na was liczyć ! Do zobaczenia na trasach biegowych ;)
Ps. Specjalne podziękowania dla dyrektora biegu Wayne Drinkwater ;-) Niesamowity bieg w którym miałem przyjemność i zaszczyt uczestniczyć ! 

Link do epoznan:https://epoznan.pl/news-news-78978-Ultra_Great_Britain_poznaniak_przebiegl_ponad_300_kilometrow

A tak pięknie napisała Julia Michalska Płotkowiak olimpijka:

Ogromne gratulacje Artur, super wyczyn!
Ostatnio poznalam Pana, ktory biega maratony od 9 lat (odkad ma nowa noge,"stara" stracil podczas wojny w Somali) Mówił, ze jest pod Twoim ogromnym wrazeniem! ( nie On jeden!)
Dolaczam zdjecie, gdyz Twoj wystep i Jego rozmowa z dziecmi lat 4,5 i 6, pokazują ze nie ma nic co nas ogranicza!
Jak to powiedzial dzieciom "bo wiecie to nie chodzi o to czy ma się zdrową nogę, czy chora, ale o to żeby w siebie wierzyc!"
I te dwie historie jakos tak mi sie pieknie uzupelniają!