Artur Kujawiński

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Zamość 2008 (100km)

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

Zamość

W okresie przygotowawczym postanowiłem wystartować w Zamościu. Budując bazę kilometrową zrezygnowałem ze startu w Katorżniku i skupiłem się na kilometrażu. Czteroetapowy bieg w Zamościu od kilku lat budził moje zainteresowanie. Rywalizacja przez cztery dni, klasyfikacja po każdym etapie i łączny dystans 100 km to coś co pobudzało sportową fantazję. Bieg podzielony na etapy 35km, 20km, 30km, 15km wymagał odpowiedniego rozłożenia sił a przede wszystkim dobrego przygotowania zarówno fizycznego jak i samozaparcia. Do tej pory do Zamościa nie docierałem ponieważ połączenie kolejowe zajmowało blisko 11 godzin co dla sportowca jest dużym obciążeniem przed zawodami. Teraz jednak nadarzyła się doskonała okazja pojechania z gronem przyjaciół: Zibim, Stasiem i jego żoną Alinką. O sam dystans nie
obawiałem się mając już za sobą trzy razy udział w biegu na 100km w Kaliszu. Zastanawiałem się jednak jak organizm zareaguje gdy każdego dnia będę musiał podejmować walkę o czas i miejsce a zmęczenie z każdym dniem będzie się kumulowało. Przyjechaliśmy dzień wcześniej, to gwarantowało, że następnego dnia będziemy wypoczęci. Był czas zatem na zwiedzanie i relaks. Swoisty klimat i miła atmosfera udzielały się. W tak odległym zakątku Polski jeszcze nie byłem. Kto wie, może dzięki bieganiu dotrę także do polskich pięknych miejsc o których nie wiedziałem. Trzeba przyznać, że to wyjątkowy bieg. Człowiek czuje się z jednej strony jak na wakacjach, spędzając czas w gronie znajomych, wysypiając się długo i mając podane gotowe posiłki. Jednak nic mylnego. Każdego dnia czeka naprawdę ciężka harówka. Zarówno psychiczna jak i fizyczna. Która jest silniejsza lub ważniejsza? Hmm...na treningach łatwo wyćwiczyć tą fizyczną, psychiczna natomiast leży w głowie i walecznym sercu. Biegacze już tak mają, pewną umiejętność osiągania celu pomimo zmęczenia i bólu. Tak to już jest...z pewnością dlatego, że pragną tego smaku satysfakcji tuż za metą. Satysfakcji różnego rodzaju, wygrania biegu, pokonania rywala ale  często jest to smak satysfakcji z pokonania własnych słabości. W tegorocznej edycji wzięło udział 145 biegaczy i biegaczek z całego kraju. Patrząc można było zauważyć, że są to osoby zaprawione w biegach. Nie było tu raczej ludzi przypadkowych, 100 km w cztery dni to może nie jest jakiś super wyczyn ale dodając do tego, że są to zawody trzeba do tego naprawdę sporo zdrowia i kondycji.
Trochę historii: Dzieci Zamojszczyzny – określenie dotyczące dzieci mieszkających na Zamojszczyźnie, które podczas II wojny światowej objęto przymusowymi wysiedleniami, w celu założenia tu nowych osad dla ludności niemieckiej. W obozach szczególnie cierpiały dzieci - głód, zimno, choroby były dla nich częściej niż dla dorosłych śmiertelne. Dzieci odebrane rodzicom były osobno przewożone w wagonach bydlęcych (w jednym wagonie przewożono od 100 do 150 dzieci) do obozów śmierci na Majdanku i w Oświęcimiu oraz do fabryk w Rzeszy.

Etap 1

Twardziele na start ! Prognozy były niekorzystne, słońce i około 28 C. Czyli to czego nie lubię a przede mną najtrudniejszy etap, dystans 35km. Przed wyjazdem zakładałem tempo 4:30/km i postanowiłem, że ten plan będę realizował. Rozgrzewka tylko 1 km bo w sumie przez cztery dni przyjdzie pokonać dystans około 107-110km (razem z rozgrzewkami). Ceremonie otwarcie, kwiaty pod pomnikiem i uroczysty start z rynku. Jest ciepło, od dłuższego czasu nie miałem rozbiegania powyżej 30km. Ale właśnie o to chodzi by dowiedzieć się na jakim etapie jestem przed jesiennymi przygotowaniami do maratonu. Trasa w miarę płaska ale doskwiera słońce i przeciwny wiatr. Kilometry mijają w tempie 4:25-4:30 jednak w okolicach 18-20 km już wiem, że tak łatwo nie będzie. Otwarta przestrzeń, brak możliwości biegu w cieniu i ta rosnąca temperatura. Jak się potem okazało w słońcu było jakieś 32-33 C. Organizatorzy na mecie poinformowali, że tak ciężkich warunków nigdy jeszcze nie było czyli od 21 lat. Ponieważ startowaliśmy o 14:30 dlatego temperatura odcisnęła swoje piętno i po około 25km zaczęła się walka z samym sobą. Kilku kolegów już uciekło a na trasie pojawiły się tak duże przerwy, że człowiek pozostał sam z własnymi myślami. Nie było łatwo, punkty w tych warunkach co 5 km były za rzadko, nogi już zmęczone więc tempo spadło do ponad 5 minut na kilometr. Punkty odżywcze były okazją do marszu i chwili oddechu. Jakoś dotarłem do mety, czas słaby 2:55. Tyle jestem w stanie przebiec 40 km a nie 35. Ale tego dnia było to wszystko co mogłem z siebie dać. Oglądając kolegów na trasie i tych, którzy kończyli mogłem być spokojny, że nie tylko ja miałem ciężkie chwile. Kontuzje, zejścia z trasy, omdlenia i potworne skurcze…to obraz jak po bitwie. Każdy zastanawiał się jak podoła dalszym etapom skoro dzisiaj tyle włożył wysiłku by chociaż ukończyć etap. Za metą jeżdżąca karetka i ludzie padnięci na trawie nie mający już na nic siły. A to dopiero początek, początek tych czterodniowych zmagań. Tego dnia „coś” wisiało w powietrzu. Z mety wracaliśmy trzema autobusami, w każdym z nich było po kilka przypadków zemdleń i zwymiotowań, autobusy musiały zatrzymywać się kilka razy by uczestnicy mogli zaczerpnąć świeżego powietrza. Także i ja poczułem się słabo, na szczęście wywołane to było brakiem świeżego powietrza w autobusie i już po dojechaniu na miejsce czułem się dobrze.
Po pierwszym etapie byłem 34 na 145 uczestników… nieźle ale przed przyjazdem myślałem o pierwszej 20-ce. Straty były spore, niepotrzebnie straciłem około 5-6 minut na tym etapie. Ile uda się nadrobić to dopiero okaże się w kolejnych biegach. Po prysznicu i kolacji samopoczucie wróciło do normy. Ponieważ dzień był wyczerpujący dlatego po krótkich pogaduszkach już po 22 zapadałem w głęboki sen. Ps. Na zdjęciach obok ja, Damek i Zeli przed startem i za metą. Inaczej niż zazwyczaj, tutaj medalu za metą nie było. Tym razem aby go zdobyć musiałem na niego "pracować" przez cztery dni. Pierwszy etap pokazał, że do maratonu trzeba przebiec jeszcze kilka długich wybiegań ponad 30 km. Tragicznie nie było i kondycja jest ale mając lepszą bazę z pewnością lepiej zniósłbym ostatnie kilometry. Na szczęście mój maraton jest w listopadzie i liczyłem się z tym. Nie mogę za wcześnie mieć formy ponieważ nie udałoby się jej utrzymać do późnej jesieni. Pozostawało pytanie ile sił zostało by zmierzyć się z kolejnymi etapami. To dowiem się w następnych dniach.







Strudzeniu po pierwszym etapie...oby następne nie były już w takim upale !


Piwo za metą (ale jedno!) to coś o czym marzy maratończyk by ukoić ból po długim biegu ;-)



Etap drugi.

Rano na szczęście nie odczuwałem trudów poprzedniego dnia. W nogach w sumie 36 km. Do dopiero początek.Ku mojemu zadowoleniu drugi dzień przywitał nas pochmurnym niebem, wręcz deszczową pogodą. To lubię ;-) Od razu humor mi się poprawił a mimo tego, że poprzedniego dnia miałem w sumie 36 km w nogach nie odczuwałem jeszcze zmęczenia. Cel zatem był jasny, to tylko 20 km i można je pobiec mocno. Oczywiście nie na maksimum możliwości ponieważ pozostają jeszcze dwa dni rywalizacji. Ruszyłem ostro, poniżej 4 minut na kilometr. Tętno w granicach 166 ud/min zatem typowy II zakres. I nagle…niespodzianka. Po przebiegnięciu około 1400 metrów…stop ! Szlaban w dół, przejeżdża pociąg. Słyszałem z opowieści, że kilka razy podobna rzecz miała miejsca na innych biegach ale nigdy nie sądziłem, że to możliwe i sam tego doświadczę. Zrobiliśmy około 30 sekund przewagi nad pozostałymi i niestety teraz wszyscy nas dogonili. Przejazd trwał około 3 minuty i po ponownym starcie trzeba było na nowo wyrabiać przewagę. Trzymałem się małej grupki 3-4 biegaczy, tempo w granicach 3:57/km i w planach miałem „dowieźć” się tak przynajmniej do 10 a najlepiej 15 kilometra. Potem jednak koło 12 kilometra grupka posypała się i każdy walczył o swoje. Cały czas starałem się trzymać tempo w okolicach 4:00/km. Trasa była dosyć płaska, pogoda pochmurna, zatem biegło mi się znakomicie. Wiedziałem, że jestem w czołówce biegu i tego dnia mój zapał był duży. Kilka zbiegów i podbiegów nieznacznie miało wpływ na tempo. Kilometry szybko mijały, jeszcze tylko spory podbieg na 19 kilometrze i w oddali pojawiła się meta. Dobiegłem bardzo zadowolony. Bardzo dobre samopoczucie i świetne tempo po 4:05/km, czas końcowy netto 1:21:47 (sędziowie doliczyli w dziwny sposób w moim przypadku 3:05, najbardziej stratni byli ci, którzy najszybciej biegli zanim nadjechał pociąg). I zajęte miejsce ! Na drugim etapie zająłem 19 miejsce na 141 biegaczy ! Honor uratowany i duża satysfakcja. Potwierdziło się, że niska temperatura i deszczowa pogoda to warunki w których doskonale mi się biega. To było jak uratowanie własnego honoru ;-) Tempo średnie 4:05/km i to po wczorajszym wyczerpującym dniu mając już 36 km w nogach naprawdę dostarczyło dużej satysfakcji. Uspokoiło bo nawet nie sądziłem, że w tak dobrym tempie przebiegnę ten etap. I to nie było maksimum możliwości ponieważ rozsądnie zachowałem siły na kolejne dni. Po drugim etapie awansowałem w klasyfikacji generalnej na 27 miejsce i humor poprawiał się. Kilka osób po stracie z pierwszego dnia mocno mi uciekło ale na pozostałych jeszcze dwóch etapach miałem w planie nadrobić o kilka pozycji.





Etap trzeci.

Wszyscy mówili o czekających górkach, pogoda średnia, trochę słońca ale do przyjęcia. U każdego podczas schodzenia po schodach widoczny był już ból…to skutek poprzednich dwóch etapów. Tym razem do przebiegnięcia 30 km na wymagającej trasie. U każdego myśl…byle to przeżyć i pozostanie już tylko 15 km w ostatnim dniu. Przed etapem oczywiście też już odczuwając bóle w mięśni czworogłowych (praktycznie całe uda już bolały) zastanawiałem się czy uda się utrzymać tempo 5 min/km. Wiadomo na podbiegach będzie się tracić a na zbiegach niekoniecznie nadrabiać z uwagi właśnie na ból ud. Rozgrzewka to zaledwie 1 km truchtu. Nie było łatwo…ale nadzieja ,że po 500-600 metrach ból ustępował powodowała, że można było przystąpić do trzeciego etapu. W sumie okazał się nie taki straszny, wprawdzie były górki, był ból i wyczerpanie ale jakoś tak mocno ciągnęło do mety, że praktycznie ostatnie 10 km leciałem „na skrzydłach”. Czas końcowy 2h 14 minut czyli po 4:28/km bardzo zadowalał.  Tak szybkiego wybiegania sam bym nie zrobił nawet wypoczęty a tu po dwóch mocnych biegach ! Wprawdzie awans o jeszcze jedno oczko, niby mało ale przybliżał do kolejnych biegaczy. Za metą po zatrzymaniu organizm poinformował dosyć głośno jak teraz już boli ;-) Wieczorem czekał na nas wspólny integracyjny posiłek ;-) Czy to aby osłabić rywali? Niektórzy przy stole spędzili czas do rana. Ja natomiast spokojnie posiliłem się, uzupełniłem płyny i około 23 już kładłem się spać...czekał na mnie ostatni etap, który miałem w planach mocno pobiec.



Udało nam się rozpalić kominek...ponieważ wieczory zrobiły się chłodne
ten sposób rozgrzania bardzo przypadł mi do gustu ;-)


Mniaaam...przepyszna kaszanka !!!


Etap czwarty.

Chyba nie trzeba mówić jak boli…to już końcówka. 15 km wydaje się błahostką. Ale oczywiście lekceważyć nie można a tempo 4:00/km jawi się w głowie szczególnie, że jeszcze można 2-3 pozycje skoczyć w rankingu. Rozgrzewka i ciężko rozruszać nogi, słońce coraz mocniej grzeje…na starcie dowiaduję się, że nie 3 a 4 pętle będą plus dobieg do rynku i na każdej podbieg zupełnie jak Browarna. A pętelek ja nie lubię….bo zawsze się dłuży. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie z Zibim i Stasiem i czas rozpocząć ostatni etap. Wreszcie na czyi zawiśnie medal ;-) Startujemy i wg wskazań okazuje się, że koło 4:00/km można biec…pierwsze zmierzenie się z podbiegiem i kolega woła, że ten podbieg zapamiętam do końca życia. Uśmiecham się…eeeee co on tam gada. Ale po biegu stwierdzam, że było co robić w sumie pokonując 5 razy konkretną górkę. Jeszcze na pierwszej pętli jesteśmy w miarę w zwartej grupie ale na kolejnych przerwy robią się większe i znów każdy zostaje z własnymi myślami i walką. Na prostych udaje mi się utrzymywać tempo jednak ten podbieg mocno spowalnia. Już wiem, że czasu 1:00:00 nie uzyskam ale nie martwię się tym. Zdaję sobie sprawę, że po trzech wyczerpujących dniach teraz w słońcu i na trudnej trasie byłby to wynik trudny do osiągnięcia...może będąc już w dalszej fazie przygotowań. Podczas biegu zastanawiam się jak idzie rywalom, czy dogonię jeszcze kilku w klasyfikacji generalnej? Jeśli tak to będzie to kolejny powód do zadowolenia. Meta na rynku sprawia, że finisz staje się istną przyjemnością. Póki biegnę nie odczuwam zmęczonych nóg. Za metą ból się wzmaga ale medal i świadomość, że to już koniec łagodzą. Trochę w sumie smutno, że to już koniec...ale trzeba przyznać, że sporo sił kosztował ten czteroetapowy bieg. Dlatego medal tym cenniejszy, że nie przyszedł łatwo.














I to już koniec...tej wspaniałej przygody ;-)



4 dni...100 km... i wreszcie upragniony medal ;-)


Zakończenie.

Cztery dni zmagania się ze zmienną pogodą, pagórkowatą trasą i oczywiście bólem. Ale warto było ! Ten medal wymagał wielkiego wysiłku i samozaparcia. Na 145 uczestników zająłem w efekcie końcowym dobre 23 miejsce. Średnia z całego dystansu to 4:33/km , czas ogólny 7h 34 min i 51 sekund. Wielu się wycofało z powodu wyczerpania i kontuzji. Każdego dnia prowadzona była klasyfikacja a czas poszczególnych etapów sumowano do czasu całościowego. To sprawiało, że mimo bólu spowodowanego startem w dniu poprzednim trzeba było się sprężyć by nadgonić kolejne minuty i sekundy doganiając następnych biegaczy. Pokonując zmęczenie nadrabiałem straty z pierwszego dnia gdzie na odcinku 35 kilometrowym zająłem 34 miejsce. W kolejnych dniach przesuwałem się na 27 pozycję, następnie 26 by w ostatnim etapie przegonić kolejnych zawodników u ukończyć na 23 miejscu. Gdyby nie straty z pierwszego dnia uplasowanie się w pierwszej dwudziestce było bardzo realne. Dodać trzeba, że jest to bieg ze sporą tradycją rozgrywany już 22 lata.  W sierpniu padł też mój rekord przebiegniętych kilometrów w miesiącu, nowy wynik to 537 km !!! To dobra baza do przygotowań pod jesienny maraton ;-)



Zwycięzcy:
Od lewej: Victor Starodubcew z Ukrainy, Dariusz Kuzdra (Osir Zamość) i Sergiy Redko z Ukrainy




Pomnik Jana Zamojskiego


Rynek w Zamościu w moim czarno-białym obiektywie.


Rynek w Zamościu ma swój urok, spokój i miła atmosfera
bez wielkomiejskiego gwaru potrafią zrelaksować.

Oto przebieg trasy:

I Etap: Zamość-Zwierzyniec - 35 km (czwartek)

START godz. 14:30 w Zamościu z Rynku Wielkiego
Po starcie zawodnicy biegną ulicami: Grodzką - Akademicką - J. Piłsudskiego - Lubelską - Al. 1 Maja - Dzieci Zamojszczyzny - Szczebrzeską w kierunku Zwierzyńca;
Trasa: Zamość - Płoskie - Siedliska - Zawada skręt w lewo za wiaduktem - Kąty - Niedzieliska - Brody Duże - Brody Małe - Żurawnica - Zwierzyniec
META Zwierzyniec, ul. Partyzantów (naprzeciw Ratusza)
Przewidywane zakończenie etapu: pierwszy wózkowicz ok. godz. 15:48, pierwszy biegacz ok. godz. 16:31, ostatni biegacz ok. godz. 18:30

II Etap: Zwierzyniec-Krasnobród - 20 km (piątek)

START godz. 14:30 w Zwierzyńcu (las przed przejazdem kolejowym)
Trasa: Zwierzyniec - Obrocz - Guciów - Bondyrz - Hutki - Krasnobród
META Krasnobród - centrum (ul. 3-go Maja)
Przewidywane zakończenie etapu: pierwszy wózkowicz ok. godz. 15:09, pierwszy biegacz ok. godz. 15:35, ostatni biegacz ok. godz. 16:43

III Etap: Krasnobród-Zamość - 30 km (sobota)

START godz. 15:30 w Krasnobrodzie (Podklasztor)
Trasa: Krasnobród - Jacnia - Adamów - Szewnia Dolna - Szewnia Górna - Lipsko Polesie - Lipsko - Żdanówek - Żdanów - Mokre - ulice Łanowa - Błonie - Szczebrzeska - Akademicka - Grodzka
META na Rynku Wielkim w Zamościu
Przewidywane zakończenie etapu: pierwszy wózkowicz ok. godz. 16:27, pierwszy biegacz ok. godz. 17:12, ostatni biegacz ok. godz. 19:10

IV Etap: kryterium uliczne w Zamościu - 15 km (niedziela)

Dystans 1 okrążenia: 3,3 km
START godz. 10:30 z ul. Dzieci Zamojszczyzny
Trasa: ulice Dzieci Zamojszczyzny, Królowej Jadwigi, Akademicka, Szczebrzeska, Dzieci Zamojszczyzny (4 pełne okrążenia), na 5 okrążeniu skręt z ul. Akademickiej w ul. Grodzką
META na Rynku Wielkim
 
Partnerzy
mpgray
Polecam
fformy

decathlon