Artur Kujawiński

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

XXII Supermaraton Kalisia 100km

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

XXII Supermaraton Kalisia 100km - 28 października 2006

Kiedy w 2005 roku pierwszy raz przebiegłem linię mety kaliskiej setki (6 dni po maratonie w Poznaniu) mimo dobrego samopoczucia pierwsza myśl jaka przemknęła mi przez głowę była: „Przez najbliższe 5 lat nie biegnę na 100km”. Taaaak, wielu biegaczy tak mówi za linią mety, czy to po maratonie czy po 100km. Jednak minęło około 10 miesięcy i już wiedziałem, że w tym roku znowu pobiegnę, ba nawet nie mogłem się doczekać ! Bo prawdziwy biegacz lubi wyzwania, lubi pokonywać samego siebie. To wewnętrzny głos, który podpowiada – sprawdź się, udowodnij jaki jesteś twardy... Podobnie jak w zeszłym roku nie robiłem kosmicznych treningów typu 70 km w niedzielny poranek, poprzestałem na tradycyjnym maratońskim przygotowaniu czyli w moim przypadku około 100-110km tygodniowo. Ten sezon uważałem za udany, życiówki praktycznie na każdym dystansie , dodatkowo głód biegania zatem bez obaw jechałem do Kalisza na Supermaraton 100km. W piątek 27 października w składzie Laszlo, Piotr, Danielek oraz ja wyruszyliśmy około 17 w drogę. Podróż oczywiście obfitowała w liczne opowieści o biegach, treningach a nawet już planach na sezon 2007. Jako jedyny z tej ekipy jechałem drugi raz ale wiedziałem ,że do domu wszyscy wrócimy jako ultramaratończycy ! Plany mieliśmy takie: Laszlo złamanie 9h (dla nas i wielu to kosmos), Piotr w granicach 9-9:30, Danielek chciał ukończyć 55km czyli pierwszy zaliczany dystans (były jeszcze 70 i 85) a ja jechałem z nastawieniem łamania 10h. Po dojechaniu do Kalisza do biura zawodów miło było spotkać się z druhami z biegowych tras i posilić się przepysznym spaghetti. Na twarzach zawodników przeplatały się wyrazy twarzy skupienia, obawy ale i rozluźnienia i dobrych nastrojów. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że 100km to już naprawdę nie są przelewki i zgromadzili się tutaj twardziele z całej Polski, elitarna grupa około 100 osób (choć żartowaliśmy, że chyba bardziej szaleni niż zdroworozsądkowi). W tym roku nocleg na prośbę uczestników zorganizowano w szkole tuż przy mecie biegu w miejscowości Blizanowo. Materac, śpiwór ot i nic więcej nie potrzeba. Zanim jednak poszliśmy spać przygotowaliśmy sobie wszystkie rzeczy na rano włącznie z torbami na punkt żywieniowy w których umieściliśmy batoniki, napoje izotoniczne i rzeczy na przebranie. Byłem spokojny ponieważ wiedziałem już na czym polega bieg na 100km i wiedziałem, że pod względem fizycznym jest ok. Zasypialiśmy z myślą....byle tylko nie padało. W nocy kilka razy podobno budził automatycznie nastawiony dzwonek na lekcję choć ja miałem taki twardy sen ,że nic nie słyszałem. Rano pobudka około 4:30 aby w spokoju umyć się, ubrać i zdążyć na start o 6:00. Atestowana trasa składała się z 10-kilometrowego dobiegu na pętlę Stawiszyn – Blizanów oraz sześciu 15-kilometrowych pętli: Janków - Blizanów – Janków – Brudzew – Godziątków – Blizanów.

Tak, zapowiadała się walka fizyczna i....psychiczna bo w tym biegu często mocna psychika pozwala na dotarcie do mety.

Kiedy mieliśmy już wsiadać do autobusu dowożącego na start rozpoczęło padać...nie był to duży deszcz ale na tak długiej trasie mogło to stanowić bardzo duże utrudnienie. Na twarzach zawodników pojawiła się niepewność i obawa. Już sam dystans i kondycja stanowiły wyzwanie ale pogorszenie pogody powodowało ,że porywamy się na extremalny wysiłek. Co chwilę wielu z nas wypatrywało u drzwi szkoły, gdzie nocowaliśmy, czy zaczyna mocniej padać czy też pogoda poprawia się. A każda informacja przekazywana była w mig z ust do ust między biegaczami. W nocy przed biegiem miałem sen, że przebieram się w krótsze rzeczy z uwagi na dobrą pogodę ale jak się okazuje czeka mnie przebieranie w cieplejsze a najlepiej przeciwdeszczowe. Podjąłem decyzję jak się okazało jednak nietrafną. Postanowiłem, że założę stare buty na dobieg 10km aby w razie przemoknięcia mieć nowe i suche na dalszą część drogi, plan zapowiadał się nieźle...ale. Po dojechaniu okazało się ,że przestało padać i wszędzie jest sucho...a moje lepsze buty są 10km dalej i czekają w punkcie przepakowania. Nie martwiłem się jednak tak bardzo ponieważ wiedziałem, że 10km w starych butach nie będzie miało aż takiego znaczenia. 10 km tak ale więcej? np. 25?

Ruszyłem...ciemno, cisza i około 100 szalonych narwańców. Jeszcze był czas i siły by pogawędzić, pośmiać się i delektować się wschodem słońca. Tempo trochę szybsze niż zakładałem, chciałem po 5:30 a biegłem po 5:10-5:15/km. Najważniejszą myślą było... dobiec do punktu przepakowania na 10km i przebrać buty ! 1-2 przystanki na krzaczki, to efekt mocnego nawodnienia. Wreszcie dobiegam ale ku mojemu zdumieniu a nawet przerażeniu mojego plecaka nie ma na punkcie przepakowania ( a miał byc przyniesiony tak jak innych z sali noclegu na punkt ). Wiedziałem, że nadal leży w sali oddalonej około 200m i mogłem po niego pobiec ale nie chciałem na to tracić czasu. Niestety chwilowa panika i latanie 2-3 minuty koło stolika z pytaniami... gdzie jest mój plecak ??? (od równie zdenerwowanego kolegi Zeta z Warszawy usłyszałem ,że też nie ma jego plecaka i nie dostał się do swojego napoju energetycznego). Cóż grupa z którą biegłem pobiegła dalej w czasie kiedy zastanawiałem się co z moimi rzeczami. Decyzja....trudno, ruszam dalej. Biegnąć wołałem do kolegów zbliżających się do punktu by pogonili osoby obsługujące. Widzę nadbiegającego Suchego, który pomagał biegnącym kolegom i kibicował, krótkie i stanowcze "Suchy , zrób tam porządek" i oboje wiedzieliśmy ,że będzie już dobrze.
Biegnę dalej , staram się dogonić grupę, z którą poprzednio biegłem, czuję,że stare buty jednak źle wpływają na nogi które szybciej będą się męczyć. A do pokonania pętla 15km (czyli razem 25km) i nadzieja, że może jednak będę mógł na następnym razem zmienić buty.
I znowu krzaczki...wrrrrrr, martwiłem się przed biegiem o nawodnienie a tu okazało się, że jestem aż za bardzo nawodniony. W sumie kolejne kilometry mijały normalnie, bez emocji, to dopiero początek więc na wytrenowanym organiźmie 20-25km nie robi wrażenia. Wreszcie dobiegam do punktu 25km gdzie jest początek-koniec pętli czyli punkt przepakowania. Ufffff, jest mój plecak ! Zdejmuję buty, zakładam nowe i zawiązuję. Sprawdzam ehhh uciekły kolejne 3-4 minuty. Ruszam na trasę w moich 2 tygodnie temu kupionych butach. Teraz jak na sprężynach ! Rewelacja, szkoda, że nie miałem ich od początku. Grupa z którą leciałem od początku niestety uciekła i pozostało biec samemu. Od czasu do czasu ktoś się przyłączył, kogoś minąłem lub ktoś mnie minął. Na tak długim dystansie, na pętli 15km kiedy uczestniczy 100 osób trzeba mieć świadomość tego,że właściwie biegnie się samemu, że największym przeciwnikiem jest własny organizm.

Cały czas miałem zapas czasowy to zaplanowanych 10 godzin...jak właściwie można biec na czas na dystansie ultra? Gdzie się tak spieszyć... przy takim dystansie maraton mija prawie niezauważalnie...etapem jest dopiero półmetek, wtedy człowiek dopiero zaczyna kalkulować. Zaczyna się rozmyślanie jak nogi, jak samopoczucie, w jakim ewentualnie czasie można ukończyć. Co ciekawe człowiek tak zaabsorbowany jest myślami o organiźmie i dystansie, że w zasadzie nie chce się aż tak jeść. Mp3 po pewnym czasie też wyłączyłem, muzyka jednak przeszkadzała i zmęczona głowa - wynik wyczerpania organizmu chciała odpoczynku a nie dudnienia nawet ulubionych utworów. Po 55 kilometrze człowiek zaczyna walkę z samym sobą, z długością dystanu i czasem jego pokonywania. Nogi jako tako nie bolały ale ogólne wyczerpanie organizmu zawsze porównuję do grypy. Jeszcze trzy pętle i będzie meta. Powtarzające się pętle piętnastokilometrowe są jak oglądany jeszcze raz ten sam odcinek serialu. Myślę, że właśnie najbardziej przełomowa jest ta pętla 55-70km. Potem już pozostają myśli typu "ta pętla i już tylko ostatnia". Przebiegając przez kolejne pętle widać,że część już zrezygnowała. Niestety zapas, który dotychczas zrobiłem dający wynik poniżej 10h straciłem na przedostatniej pętli 70-85km. Wtedy to myśli o sensie ścigania się na tak długim dystansie były najsilniejsze. Momentami wisiała groźba ,że nawet nie pobiję czasu z zeszłego roku (10:38). Jednak na ostatniej pętli postanowiłem - jeszcze teraz się sprężę i w przyszłym roku nie przyjeżdżam ;-) Połamię 10:20 i rok przerwy w setkach. Przyspieszałem i przyspieszałem aż udało się wykręcić 10:15 ;-) W sumie byłem zadowolony ponieważ to poprawa o 23 minuty ;-) i uzyskane minimum do Spartathlonu legendarnego biegu z Aten do Sparty na dystansie... 246 km...tak, to trochę więcej niż setka ;-) Ale co się dziwić przecież jestem najprawdziwszym MANIAC-iem ;-)

Arti - Kalisz 2006

Ps. Międzyczasy: 70km w 6:45 (tempo na 9:36), 85km w 8:35 (tempo na 10:05) 100km w 10:15:20

 
Partnerzy
mpgray
Polecam
fformy

decathlon