Artur Kujawiński

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

Swissalpine Marathon

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 
d01Bardzo udany start w największym ultramaratonie na świecie w szwajcarskich Alpach. Na głównym dystansie brało udział ponad 1000 uczestników z 50 państw. Dystans 78,5 kilometra pokonałem w 8 godzin i 52 minuty (mimo kręcenia filmu i robienia zdjęć podczas biegu). Brak kryzysu i doskonała kondycja na mecie pozwalają optymistycznie podsumować dotychczasowe treningi. Miejsce 265 na 1114 uplasowanych na mecie. Wrażenia niesamowite !!!

24 Swissalpine Marathon 2009







O legendarnym biegu Swiss Alpine Marathon w Davos myślałem już od 2003 roku…Wrażenie jakie na mnie wywarły zdjęcia z tego biegu pozostały w pamięci do dziś a raczej do momentu kiedy sam znalazłem się w Davos i mogłem naocznie wszystko zobaczyć. Bieg w otoczeniu Alp pobudzał wyobraźnię do granic możliwości, szczególnie że częstym bywalcem gór nie byłem, ba nigdy nie widziałem wysokich gór. Dlatego dla mnie pejzaż jaki roztaczał się w relacjach z biegu był bajeczny. Do tej pory termin biegu nigdy mi nie pasował ponieważ okres wakacyjny sprzyjał raczej formie rekreacyjnej niż formie pozwalającej na zmierzenie się z dystansem ponad 78 kilometrów w górzystym terenie. Trzeba pamiętać, że bieg ten to ultramaraton a jak obecnie mi już wiadomo to największy górzysty ultramaraton na świecie !. Od owego 2003 roku przebiegłem kolejne ponad 20 maratonów i 3 biegi na 100km. Mając już spore doświadczenie i łącznie w nogach ponad 30 maratonów mogłem nie obawiać się długości dystansu. Teraz dystans 78,5 km nie wydawał mi się już długi, skoro za sobą miałem biegi na 100 km. Ale respekt przed biegiem musiałem mieć i nie bagatelizowałem sprawy. Ważnym aspektem było to, że organizator wyznaczył limit ukończenia biegu na 12 godzin. Dodatkowo na trasie umieszczono 5 punktów kontrolnych na które nie można było się spóźnić. Wiedzieć trzeba, że nigdy do końca nie wiemy jak w górach zareaguje nasz organizm oraz jak pokonamy wzniesienia i podbiegi na wysokość ponad 2600 mnpm. A, że w górach byłem zaledwie 2-3 razy w życiu i to na żadnych praktycznie wysokościach dlatego był to bieg w zupełnie nieznanym terenie.

Z uwagi na okres roztrenowania na przełomie miesięcy maj-czerwiec po udanym sezonie wiosennym decyzję o udziale w Davos odkładałem na ostatnią chwilę. W dużej mierze zależało to od tego jaką formę przygotuję do 25 lipca oraz na ile moja waga bliska będzie wadze startowej co ma kluczowe znaczenie. Termin wyjazdu szybko się zbliżał a ja nadal nie wiedziałem czy jechać…forma wprawdzie była ale zawsze lubię mieć dobrze zaplanowany start. Wątpliwości również dotyczyły tego jak organizm zniesie podbiegi i górzysty teren skoro pod ten bieg takowych nie trenowałem skupiając się na treningu czysto maratońskim. Przeprowadzony sprawdzian około tygodnia przed startem w formie podbiegów 10x220m w tempie 4:00/km bez zadyszki i problemu potwierdził bardzo dobrą dyspozycję. Kilometraż w okolicy 130 km/tyg również mógł gwarantować pokonanie tego długiego dystansu w dobrej formie.

Ponieważ do Davos miała jechać super ekipa: Maciej Łątkowski „Laszlo”, jego brat Krzysztof Łątkowski „Łęty” oraz Sławomir Marszałek, takiej okazji nie mogłem przepuścić. Już w 2003 roku miałem postanowienie, że jeżeli pobiegnę w Davos to z aparatem aby zrobić piękne zdjęcia z trasy i pokazać innym jak tam jest, na trasie biegu. Postanowienie to zamierzałem teraz wypełnić. Już wcześniej biegałem z małym plecakiem i wiedziałem, że nie będzie on przeszkodą. Jedynie ciągłe wyciąganie aparatu mogło wybijać z rytmu. Ale dzięki temu przed startem byłem zrelaksowany wiedząc, że nie biegnę po czas ale po przygodę.
Przed wyjazdem dokładnie jeszcze obejrzałem zdjęcia i relacje z biegu aby ocenić warunki atmosferyczne oraz ubranie i osprzętowanie biegaczy a także teren i warunki po jakich biegną. Zapakowałem kilka kompletów biegania zarówno długich jak i krótkich mogąc dokonać wyboru już na miejscu w zależności od tego jakie warunki pogodowe będą panowały na miejscu.

Wyjazd został zaplanowany na noc z środy na czwartek 22-23 lipca. Bezpieczna i komfortowa jazda i po około 11 godzinach byliśmy w Szwajcarii w sławnym Davos. Po dotarciu do hotelu i wstępnym rozpakowaniu postanowiliśmy udać się do biura zawodów by odebrać numery startowe. Zawody w Davos to 8 różnych biegów na trasach górzystych i bardziej płaskich, od biegu do marszu. Koronnym dystansem jest oczywiście 78,5 km w którym bierze udział blisko 1200 osób z 50 krajów z całego świata. To dystans dla osób, dla których maraton jest niewinnym wybieganiem ;-)




Trasa jak widać jest mocno pagórkowata a przede wszystkim jak na ultramaraton wymagająca. Do 30,6 km czyli pierwszego punktu kontrolnego mamy wprawdzie sielankę, drobne podbiegi i miłe zbiegi. Ten kto nie ma jednak wybieganej dużej ilości kilometrów niech lepiej oszczędza się bo siły trzeba zachować na zdecydowanie trudniejsze dalsze 38 kilometrów.
Potem z poziomu 1000 mnpm blisko 30 kilometrów podbiegu, momentami bardzo stromego by po przewyższeniu ponad 1500m osiągnąć szczyt 2600 mnpm.

Na ukończenie biegu przeznaczony jest limit czasu 12 godzin. Po drodze wyznaczone są pośrednie limity. Oto one:

30,6 km - 3:50 h
39,2 km - 5:00 h (8,6 km - 1:10)
47,2 km - 6:15 h (8,0 km - 1:15)
52,9 km - 7:40 h (5,7 km - 1:25)
64,4 km - 10:00 h (11,5 - 2:20)
Meta - 12:00 h

Wrażenie może robić limit, który mamy między 47 a 52 kilometrze. Tam jest naprawdę stromo. Na pokonanie niecałych 6 kilometrów mamy blisko 1,5 godziny !

Rodzaje zawodów oraz przewyższenia:

78.5 km +/-2260 m
The biggest mountain ultramarathon in the world, and the ultimate challenge. 21 km of the race is on high alpine terrain, the highlight being the Panorama Trail (a narrow and, in parts, exposed mountain path) at an altitude of 2,600 m.

42.2 km +1890 m/-1710 m
The highest high altitude marathon in Europe – a jewel in the alpine crown. The ascent and descent, combined with the high altitude and the partially rough mountain track, make the K42 one of the most challenging mountain races.

42.2 km +450m/-1070 m
The C42 is Switzerland’s first culture marathon. Enjoy the sights while you walk, in a positively captivating landscape park rich with culture. From 2009 with particular senior valuation.

30.7 km +320 m/-820 m
The K31 starts, as before, in Davos. The varied route passes through the romantic Zügen Gorge, as well as over the impressive Wiesen viaduct.

21.1 km +680 m/-190 m
The K21 starts on the spectacular Sunniberg Bridge in Klosters. The route is exciting and full of variety.

21.1 km +680 m/-190 m
The Nordic Walking trail also starts on the Sunniberg Bridge. The route is the same as for K21: unrivalled!

11.3 km, +150 m/-130 m
The K11 goes past the superb Davos Lake. It is aimed primarily at beginners. Participants’ health is our number one priority. From 2009 with particular junior category.

0.5 km/1.4 km/2.1 km
No-one is too small to take part, or to enjoy the very special atmosphere. Advance registration is not possible. All participants receive a small gift.


Davos to raczej mała miejscowość. Czystość i porządek a także spokój. Podejrzewam, że zimą musi tutaj być przepięknie.
To co utkwiło mi w pamięci to kosmiczne ceny rzeczy na wystawach sklepowych. Przykładowo buty do chodzenia czy biegania na polskie pieniądze przeciętnie wychodzą tutaj po 1000 zł ;-) Jak to mój kolega Laszlo określił chyba cena zawiera pieszy transport z fabryki ;-) Zatem wszelkie zakupy odpuściliśmy sobie podziwiając zegarki za 50.000 zł ;-)
Widziałem "to" kiedyś w telewizji nawet w Polsce podobne miejsca miały powstać (nie wiem czy doszło to do skutku lub czy spotkało się z zainteresowaniem i funkcjonuje). Są to miejsca z których możemy wziąć książkę do poczytania. Po przeczytaniu możemy odnieść na inną ławkę z podobnym pojemnikiem na książki. W ten sposób zachęca się ludzi do sięgania po książkę, wzajemną wymianę ciekawych książek i pomoc. Następnie udaliśmy się do biura zawodów. Przede wszystkim interesowała nas prognoza pogody, która w takich biegach ma bardzo duże znaczenie.


Biuro zawodów nie było duże ale sprawiało wrażenie, że przyjechaliśmy na jakieś zawody typu adventure race. To z powodu wystawców oferujących sprzęt głównie do biegania w górach ;-) Panował spokój i porządek a miłym zaskoczeniem była degustacja produktów, które będą serwowane na trasie. Można było np. porozmawiać z wystawcami i spróbować płynów energetycznych, które będą znajdować się na punktach odżywczych. Fachowy punkt informacyjny, uśmiechnięta obsługa - naprawdę serdeczna atmosfera. Na ekranie film z 2007 roku z niesamowitymi ujęciami z helikoptera…takie rzeczy widziałem do tej pory tylko na kanale Discovery. Biegacze na tle Alp przemierzający kilkudziesięciokilometrową trasę po skałkach, polanach, w kanionach... to zrobiło wrażenie. Staliśmy jak zahipnotyzowani wpatrując się w ten film.


Obowiązkowe zdjęcie z odebrania pakietów startowych, na mecie prócz medalu miała na nas czekać piękna koszulka - tylko dla tych, którzy ukończą bieg. Zebraliśmy kilka cennych informacji dotyczących lokalnych pociągów i pogody w dniu biegu i mogliśmy udać się do hotelu.

Po odebraniu numerów postanawiamy udać się wyciągiem na pobliskie wzniesienia jak to Laszlo powiedział aby aklimatyzować się. Po dotarciu na jedno z pobliskich wzniesień dalej udaliśmy się marszem wspinając na kolejne wysokości. Tak dotarliśmy do około 2200 mnpm kontemplując się wspaniałymi widokami. Cała wycieczka jako, że bezpośrednio po przyjeździe dała się we znaki w nogi. Ale ponieważ przyjechałem tutaj realizując trening dlatego postanowiłem zrobić trening w okolice jeziora Davos. Głowa trochę bolała, tak objawia się aklimatyzacja. Ale 12,5 km z przerwami na zdjęcia udało się w niezłym samopoczuciu wykonać, kolejny dzień zaplanowałem wolny aby jednak wypocząć przed długim ultra dystansem. Częściowo wjechaliśmy kolejką linową a dalej już spokojna wspinaczka. Miły spacer, gimnastyka po podróży a przede wszystkim aklimatyzacja i przyzwyczajanie organizmu do wysokości. Wszak weszliśmy na około 2200 mnpm. I pomyśleć, że w sobotę wbiegniemy na szczyt położony 400 m wyżej. To już będzie bez pomocy kolejki linowej ;-) Szlaków tutaj było sporo ale nie mogliśmy pozwolić sobie na dłuższe wyprawy. Musieliśmy zachować siły na bieg.
Moi koledzy byli już w wyższych górach, dla mnie było to pierwszy raz i muszę przyznać, że wycieczki w góry mają swój urok. Jeszcze gdyby tak na górze był piknik ;-) Ale nie ma co ukrywać, że w mojej naturze jest bieganie niż chodzenie. Tak samo jak zamiast jazdy rowerem wolę biegać. Oczywiście jako odskocznia od biegania każda z tych form aktywności jest jak najbardziej pożądana.
Dzięki temu wyjazdowi można powiedzieć, że polubiłem góry i chętnie tutaj kiedyś wrócę. My tymczasem wspinaliśmy się wyżej i wyżej by zobaczyć całą panoramę okolicy. Praktycznie na trasie byliśmy sami i dzięki temu mogliśmy w spokoju upajać się ciszą i kontaktem z naturą.


Widoki były przepiękne, cisza i spokój.
Cywilizacja i betonowe miasta wydawały się tak odległe.


Po drodze charakterystyczne szwajcarskie krowy czyli popularne Milka ;-)


W dole Davos, mogliśmy uświadomić sobie na jakich wysokościach
w sobotę będziemy biegać.


Tam w oddali, ośnieżone szczyty. W okolice takich miejsc również podczas biegu dotrzemy.


A my coraz wyżej i wyżej by z góry zobaczyć...jak ładnie jest na dole ;-)


To nie są jakieś super wysokości ale tak wysoko jeszcze nigdy nie byłem i widoki te zapierały dech a przede wszystkim otaczająca natura. Czysty relaks dla umysłu.


Po wejściu na jeden z wyższych "pagórków" zasłużona sielanka.
Leżeliśmy tak, wpatrywaliśmy się w dal i delektowaliśmy się widokami.


Tego dnia przebiegała u mnie aklimatyzacja objawiająca się głównie bólem głowy. Ale ponieważ nie było to aż takie dokuczliwe postanowiłem wyjść na ponad 12 kilometrowy spokojny trening nad pobliskie jezioro. Jak widać nierozłącznie z aparatem ;)
(mieszkamy na 1500 mnpm, dla przypomnienia Poznań to około 100 mnpm ;-)


A to taki nietypowy wiatromierz? W każdym razie piękny pomysł ;-) Po treningu jak to ja, już spokojny po wykonaniu przyjemnego obowiązku wiedziałem, że następnego dnia wolne od biegania i można spokojnie pójść spać. Jeszcze tylko wieczorne pogaduchy i ustalenie planu na następny dzień. Atrakcją miał być wyjazd do osławionego St. Moritz jednego z ulubionych ośrodków sportowych lekkoatletów.


Następnego dnia wyjechaliśmy z samego rana do St. Moritz. Przylepieni do szyb obserwowaliśmy piękną okolicę. Nie sposób było nie robić zdjęć ;-) Alpy są piękne ! I ten sielankowy klimat, wszystko jakby toczy się swoim rytmem, bez pośpiechu, spokojnie i jakby w harmonii z naturą.


A tam wyżej wicher i śnieg ;-) Zimą musi tu być przepięknie.
Na ośnieżonych trasach z pewnością śmigają pasjonaci nart i snowboardów.


Zawsze mam w takich miejscach skojarzenia...jak nad jeziorem Maltańskim. Z tą różnicą, że jesteśmy na blisko 2000 mnpm (dokładnie na 1800). Jezioro St. Moritz otoczone jest ścieżką rowerową na której prócz rowerzystów można spotkać wielu biegaczy i rolkarzy.


Jak zawsze obowiązkowe zdjęcie by upamiętnić pobyt w tym pięknym miejscu...
oj chętnie byśmy tutaj zostali na jakiś obóz kondycyjny.


W otoczeniu gór treningi wydają się bardziej "wzniosłe". Przede wszystkim jest spokój.
St. Moritz ma niecałe 6 tyś mieszkańców.


W oddali śnieżne szczyty Alp.


Praktycznie było bezwietrznie - spokojna tafla jeziora St. Moritz


Nie ma wątpliwości na wyjeździe biegowym jestem w swoim żywiole ;)


Udałem się na spacer w poszukiwaniu boiska lekkoatletycznego na którym z pewnością trenuje wielu lekkoatletów przygotowujący się do Mistrzostwa Polski i Mistrzostwa Świata.


Pięknie położone boisko lekkoatletyczne w otoczeniu gór.


Taki widok mają trenujący w St. Moritz ;-) Prawda, że pięknie? Można skupić się wyłącznie na treningu. Z dala od cywilizacji, tłoku i miejskiego gwaru, także po treningu. Na stadionie prócz zagranicznych sportowców była także nasza kadra średniodystansowców oraz czterystumetrowcy.


Może kiedyś i ja tutaj potrenuję ;-)


Czas kończyć wizytę w St. Moritz ponieważ czekają na nas kolejne atrakcje do zobaczenia.


Wracamy do Davos lokalną koleją i postanawiamy wjechać kolejką linową na sąsiedni szczyt. Tym razem wyżej i już na wysokość ponad 2500 mnpm czyli wysokość zbliżoną do tej na której będziemy biegać podczas K78 (najwyższy punkt biegu 2630 mnpm.)


Wjeżdżaliśmy na punkt widokowy, by zobaczyć co jest po drugiej stronie "wzniesienia" ;)


Brakowało tylko jakiegoś napoju izotonicznego by oddać się totalnej melancholii.
Widok był wspaniały a wiatr targał nasze lwie grzywy hhehehe


Na hasło: idziemy na tamten szczyt, śmiało ruszyliśmy w wędrówkę mimo, że następnego dnia mieliśmy bieg na 78,5 km. Taki spacer i oswajanie się z górami jak się okazało dobrze nam zrobił a aklimatyzacja u mnie przebiegła gładko i bez problemów.


Nawet i "bałwana" udało się ulepić


Piękne Alpy


Żadnych odległości się nie boimy ;-)


Brrrr....tam chyba już jest zimno ;)


Na punkcie widokowym ;-)


Chwila odpoczynku...nie ma co tak gnać, góry nie uciekną.


O tam, tam będziemy biegać ;-) 4 śmiałków, którzy mają nierówno pod sufitem

Jak koledzy powiedzieli beach boy na śniegu ;) A gdzie moja deska serfingowa? może powinna być snowboardowa?

To ciekawe, na tej wysokości leży śnieg ale jednocześnie jest ciepło. Niezapomniane chwile. Dla takich zdjęć warto było tutaj przyjechać ;-) Sesja zdjęciowa trwała na całego.

Każdy z nas chciał upamiętnić piękne widoki. Tego dnia był to spacer w góry, następnego będzie to już bieg i ściganie a i zadyszka będzie większa ;-)

Wszystkim miłośnikom gór polecam przyjazd do Davos, można połączyć udział w wyjątkowym biegu z walorami turystycznymi spacerując po szwajcarskich alpach.

Można wyszukać noclegi w dostępnych celach choć jedzenie polecam wziąć już zdecydowanie ze sobą ponieważ stołowanie się w tutejszych restauracjach w przeliczeniu na polską walutę jest bardzo drogie.

Można też dokonywać zakupów w tutejszych marketach gdzie ceny są w miarę do zaakceptowania. Jakie są ceny wyciągów i wypożyczalni tym razem nie pytaliśmy.





Ja już mógłbym biec ale nie zabrałem butów biegowych ;-)


Kiedy wróciliśmy do hotelu dokończyliśmy nasze debaty nad tym co ubrać na trasę, co zabrać na przepak i co jeszcze przygotować na jutrzejszy ultrabieg. To bardzo ważny element gdyż prawidłowe dobranie butów, rzeczy i odżywek może na tak długim dystansie zaważyć o wyniku końcowym a nawet o tym czy ukończy się bieg !
Sporządzaliśmy Vitargo aby jeszcze uzupełnić elektrolity przed biegiem a także przygotowywaliśmy butelki z Vitargo do przepaku by na trasie również nam nie zabrakło. Panowała ekscytacja i czuć było ducha przygody.

Wieczorem zaczęło padać co nas zaniepokoiło ale poszliśmy spać w nadziei, że rano wypogodzi się.

Wstajemy koło 5:20. Plan jest taki, 6:00 mamy śniadanie, powrót do pokoju, sprawdzenie czy o niczym nie zapomniałem i około 7:00 wymarsz na start. Na szczęście mamy blisko i 10 minut na dojście w zupełności wystarczy. Ale za oknem pada…uuuu, kiepsko. Dystansu się nie boję, gór też się nie boję ale deszcz, mokre rzeczy i buty a przede wszystkim śliskie kamienie i podłoże to już nie przelewki. Szczególnie gdy w perspektywie mamy wysiłek trwający około 10 godzin.

Udaję się na start, atmosfera wspaniała, niemiecki język przypomina mi super zorganizowany maraton w Berlinie. Tutaj wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. Czasu jest sporo . Docieramy na miejsce gdzie oddaję jedną torbę na przepak (39 km) i drugą z rzeczami na metę.
Wiedząc, że jest to bieg górski oceniam swoje możliwości na 9:30-10:30 Fakt, że zamierzam na trasie sporządzać fotorelację relaksuje mnie. Mam oczywiście pewnego rodzaju niepewność pod względem dystansu ponieważ nie wszedłem jeszcze w decydującą fazę treningu gdzie wykonuję co niedzielę długie wybiegania ale baza kilometrażowa została bardzo dobrze wykonana a waga blisko startowej również napawała optymistycznie.


Nasz przepak, te skrzynie przetransportują na 39 kilometr, do Bergun.


Humory dopisują, to udzielająca się wszystkim adrenalina ! Wierzymy, że damy radę !

Tuż przed startem wypogadza się tak samo jak nasze nastroje. Nie wiadomo jak będzie w lesie i w górach.

Czy zastaniemy błoto czy będzie ślisko. W plecaku mam aparat, kilka batonów i czapkę na wypadek chłodu lub deszczu.

Na przepaku będzie na mnie czekać do wykorzystania koszulka do przebrania, druga czapka na zmianę, skarpetki, rękawiczki, bluza i butelka Vitargo. Chyba zatem jestem przezorny ubezpieczony ;-)

Gdybym jeszcze miał na wszelki wypadek a dokładnie na wypadek mocnego deszczu buty na przebranie mógłbym powiedzieć, że jestem idealnie przygotowany.

Punkty odżywcze są co około 4 kilometry zatem o odpowiednie nawadnianie jestem spokojny. Życzymy sobie nawzajem powodzenia i ustawiamy się na starcie. To już ostatnie chwile przed wyruszeniem na trasę.

Ponownie na stadionie będziemy za około 9-10 godzin. Oby wszystko poszło dobrze a przede wszystkim aby nie nabawić się kontuzji w trudnym terenie.





Stoimy na starcie, panuje euforia, nadlatujące helikoptery jeszcze bardziej budują atmosferę. A kiedy z głośników rozlegają się Rydwany Ognia u wielu z nas ukradkiem pojawiają się łyzy....to wielkie wzruszenie. Każdy z nas czuje to w sercu, wiemy , że przyjdzie nam się zmierzyć z czymś wielkim i jeszcze nieodgadnionym. Ale jesteśmy na to gotowi i chcemy stawić temu czoła.


10, 9, 8......start. Ruszamy przy głośnych oklaskach kibiców, trzymają za nas kciuki i dziwią się na co się porwaliśmy ;-) Niesamowita atmosfera, żartujemy z kolegami, że dzisiaj ponownie zostaniemy mężczyznami. Ale to prawda ponieważ kto o zdrowych zmysłach porywa się na wyścig alpejski trwający około 9 godzin na trasie gdzie spotykamy się z 4 porami roku. Trzeba być twardym fizycznie i psychicznie by podołać temu wyzwaniu.

Okrzyki entuzjazmu, euforii i ekscytacji, że wyruszamy w niesamowitą podróż.


Można by rzec, poszły konie po betonie. Rozglądam się dookoła, helikoptery krążą nad głowami, wszędzie słychać tupot setek nóg. Ponad 1000 osób biegnie by pokonać 78,5 kilometra. Biegniemy ulicami Davos, mieszkańcy kibicują, czuję się jak na rajdzie adventure. Ubrania i osprzętowanie biegaczy przypomina tego typu rajdy. Wybiegamy z miasta, luz psychiczny, pierwsze 30 km jest dosyć łatwe i pozwala na ustalenie tempa w granicach 5:00-5:10/km. Po drodze filmuję i robię zdjęcia. Odwracam się, za mną „sznur” ludzi. Chcę uwiecznić ten bieg w otoczeniu Alp.


Biegniemy przez centrum Davos, potem na trasie nie będzie już tylu kibiców. Będzie znacznie ciszej, oklaski zastąpione zostaną naszym przyspieszonym oddechem.


Wybiegamy z miasta. Teren jeszcze płaski i zastanawiam się jak to będzie na podbiegach...


W oddali widać Laszlo i Sławka, nie gonię ich. Oni pędzą po wyśrubowane wyniki. Moim zadaniem jest zrobienie zdjęć z trasy, bezcenna pamiątka z tego wyjątkowego biegu.


Powoli zaczynamy podbiegać...wtedy do umysłu dociera, że to nie idealnie płaski bieg uliczny lecz górski ultramaraton a podbiegi będą ciągnęły się kilometrami ;) Pierwszy podbieg przypomina, że nie jestem tutaj na wycieczce lecz na biegu górskim. Biegniemy dolinami, przez las, nad kanionem. Jeszcze jest łatwo.


Dopiero 10 km, ledwo się rozgrzaliśmy. Na dalszym planie widać, że podbiegać będziemy wyżej i wyżej. Ale na początku będą to łagodne podbiegi i zbiegi.


Po kilku podbiegach czas na pamiątkowe zdjęcie. Nieważne, że inni wyprzedzają...cieszę się każdą chwila i każdym widokiem na trasie. Jak widać humor mi dopisuje ;-)


Na punktach odżywczych woda, napoje energetyczne i banany.
Potem na wyższych wysokościach pojawi się pyszny bulion, bułki z rodzynkami i ice tea.


15 kilometr, trochę w dół dlatego można nabrać tempa.
Kilka fotek m.in rywali i można lecieć dalej.


Przez łąki, przez pola...jak głoszą słowa pewnej piosenki. Widoki są przepiękne.


Punkt odżywczy. Jest już gorąco ale pożywny bulion jak najbardziej się przyda. Na takim dystansie trzeba pamiętać o odpowiednim odżywianiu, słuchać organizmu i dostarczać mu to czego się domaga. Na szczęście o to aby nam niczego nie zabrakło dbają zapobiegawczy organizatorzy.


Zbieg, wyjątkowa chwila, którą trzeba wykorzystać.


Dla takich widoków tutaj przyjechałem. Mają tutaj wyjątkowe mosty i tunele.
Biegamy raz pod mostem, innym razem po moście. Po drodze zaczyna padać..na szczęście to tylko rześka mżawka która orzeżwia .


Jeden z dłuższych i mocniejszych podbiegów, które z uwagi na przewyższenie
trzeba było pokonać marszem.


Pierwszy punkt kontrolny we Flisur na 30,6 km, wspaniałe uczucie, jak na jakiejś etapówce. Goracy doping kibiców. Chwila posilenia się, kilka fotek i lecę dalej.Niby 30 km płaskiego ale trochę tych podbiegów po drodze było. Na szczęście nie jestem zmęczony. Robiąc zdjęcia wprawdzie straciłem na tym odcinku około 6 minut ale tempo około 5 min/km i już zapas grubo ponad godzinę od wyznaczonego limitu dodają skrzydeł. Jest dobrze ! Nie martwię się minimalnie wolniejszym tempem ponieważ w tym biegu nie walczę o czas. Mam też przemyślaną strategię, czas robienia zdjęć i kręcenia filmu jest dla mnie chwilą wytchnienia i odpoczynkiem . Dzięki temu cały czas jestem świeży.


Ruszam do drugiego punktu kontrolnego - punktu przepaku, który znajduje się na 39 kilometrze w Bergun. Limit aby tam dotrzeć to 5:00 h, tutaj podbiegi są już konkretne. Żartuję pod nosem, że w normalnych warunkach to nawet na treningu nie chciałoby mi się żadnego z nich wykonać, takie są długie i wymagające sporego wysiłku.


A tak prezentuje się podbieg gdy znajdziemy się na jego wyższym fragmencie ;-)


Podbieg ciągnie się i ciągnie. W oddali widać po prawej stronie skalną półkę. Tam musimy dotrzeć. A za nią kolejny podbieg i kolejny zakręt.... i tak jeszcze przez jakieś 24 kilometry. W nogach już ponad 35 kilometrów. Punkty odżywcze i odświeżania są naprawdę często. Widoki zapierają dech, jest czas by je podziwiać .


A tam za moimi plecami jest...zakręt i droga pod górkę ;-) zapraszam hehehehehhe


Przepak, to dopiero półmetek, zaledwie 39 kilometrów. Tak naprawdę prawdziwy bieg dopiero się zacznie ponieważ pod górkę będzie najbliższe 21 kilometrów. Ostrzegają, że na 60 kilometrze a zatem wysoko w górach jest tylko 6-8 C. Ja się śmieję i cieszę bo lubię taką temperaturę i żartuję, że najwyżej trzeba będzie ten chłodny odcinek przebiec szybciej .


Podczas całego biegu zdarza mi się, że robię filmy i zdjęcia a potem doganiam osoby, które mnie mijały.... to oznacza, że forma jest dobra i mógłbym tutaj naprawdę szybko pobiec.


Gdzie strumyk płynie z wolna...chwila kontemplacji i ruszam dalej


Następni już nadbiegają...


I kolejne wzniesienie i jeszcze stromiej. Na jednym odcinku mieliśmy (chyba tutaj) ponad 300 m przewyższenia na dystansie około 1400 m ;-)


Czy ja wspominałem, że będziemy tak podbiegać przez 30 kilometrów ? ;-)


Ależ już jesteśmy wysoko...ale do najwyższego punktu mamy jakieś 12 kilometrów...

Przed 49 kilometrem spora wspinaczka, tutaj traci się najwięcej czasu, przewyższenie ponad 400m na odcinku 1300m powoduje, że wszyscy idą gęsiego a czas mozolnie się dłuży…to chwila wytchnienia , spojrzenie na pozostający w dole świat. I myśl o tym, gdzie jestten najwyższy punkt. Zbliżając się do 50 kilometra miałem wrażenie, że jesteśmy w Wietnamie. Preria, latające helikoptery, wiatr, trawa i sznur zapaleńców. Potem zmienia się krajobraz na bardziej księżycowy, Liczne skałki, strumyki powodują, że musimy patrzeć pod nogi, uważać na każdym kroku. W miarę możliwości udaje się podbiegać.


Zmiana otoczenia ale nadal pod górkę ;-) I gdzie tak wszyscy podążają? ;-)


Symboliczne miejsce, za mną 50 kilometrów górskiej przeprawy ! Chyba moje ulubione miejsce bo tak uśmiechnięty po 50 kilometrach jeszcze nigdy nie byłem ;-)


Jeszcze 10 kilometrów i będzie z górki, dam radę.


No proszę jak pięknie jest....tam na dole ;-)


Schroniska jeszcze nie widać...za to ludzi sporo i wszyscy gęsiego.
Jak tylko znajduję bardziej płaski teren ruszam do biegu wymijając niektórych.


Zaczyna się ostatnia wspinaczka


Trasa nie jest łatwa, strumyki przepłukują kamienie, sprawiając, że łatwo można na nich się poślizgnąć. W zasadzie nie odczuwam żadnego kryzysu.


Wysoko nad nami widać już upragnione schronisko Keschhute
- najwyższy punkt na trasie biegu ponad 2600 mnpm


Nie jest łatwo, za nami blisko 60 km z czego ostatnie 30 kilometrów cały czas pod górkę.


I wreszcie docieramy do ośnieżonych szczytów. Robi się zimniej, do tego przenikliwy wiatr. Ale adrenalina zawodów rozgrzewa mnie, zresztą w temperaturze < 10 C czuję się wybornie, wtedy właśnie nie odczuwam zmęczenia i mogę gnać i gnać ;-)


Na najwyższy punkt do schroniska, potem już z górki.



Kiedy dotrzemy do najwyższego punktu na 60 kilometrze powinno być już z górki. Na schronisku oczywiście okazja do nieziemskich fotek, ciepły bulion i biegnę dalej. Zbieg wcale nie jest taki łatwy, trzeba mieć silne mięśnie czworogłowe ponieważ zbieg jest na tyle mocny, że praktycznie cały czas trzeba hamować, inaczej przewrócimy się, potkniemy o kamień lub wlecimy na biegacza przed nami, Do tego strumyki i liczne zakręty.


Teraz już tylko w dół, ale wcale nie jest łatwiej, stromy zbieg jest wymagający,


Skoro dotarliśmy tak wysoko to teraz musimy dobiec tam skąd przybiegliśmy.
Cała trasa to taka jedna duża pętla.


Wyżej i wyżej, tutaj można nabrać trochę prędkości. Ruszamy trawersem,
ciężko tutaj kogoś wymijać ale biegnąc apeluję - lewa wolna ! ;-)


To nasza trasa, my biegniemy lewą stroną, maraton łatwiejszą w dole.


Krótki rękawek, krótkie spodenki i ....śnieg ;-) Wprawdzie odrobinę ale jak mówią organizatorzy uczestnicząc w tym biegu przemierzamy trasę podczas 4 pór roku. W dole uczestnicy maratonu. Nasze trasy przeplatają się a końcówkę pobiegniemy już razem. Oni zaczynali oczywiście w około połowie naszej trasy.


Tam, tam daleko za jakieś 17 kilometrów jest meta. Mimo, że z górki to wcale nie jest łatwiej. Ba nawet trudniej. Z powodu sporego spadu i różnicy wysokości oraz licznych zakrętów nie można rozwinąć pełnej szybkości. Bieg to ciągłe hamowanie co wymaga sporej siły w nogach szczególnie w udach a do tego mimo zmęczenia wymagana jest pełna koncentracja aby nie potknąć się co mogło grozić kontuzją lub poobijaniem się. Chowam aparat i kalkuluję, że jest szansa ba czas w okolicach 9 godzin. Ale przede wszystkim tutaj już nie ma miejsca na fotki - zbyt wąsko i trzeba bacznie uważać gdzie się stąpa. Zatem jak najszybciej zbiegam by być już na mecie w Davos ;-) Sprzyjający teren i ciągły zbieg powodują, że tempo cały czas oscyluje koło 4:35-4:40 co sprawia, że ukończenie poniżej 9h wydaje się realne co dodaje skrzydeł bo przed biegiem ósemka z przodu zupełnie nie była brana pod uwagę. Teraz jednak sprawiała, że taki wynik dałby wielką satysfakcję.

Ps. Biegło mi się super, wprawdzie zbieg mocno dawał się we znaki ale silne nogi spokojnie dawały sobie radę. Na mniejszym spadzie udawało się nawet biec po 4:30/km a im bliżej mety tym tak naprawdę mniej odczuwalne było zmęczenie. To ta magia mety.


Ostatnie pstryknięcie...76 kilometr, nogi niosły, humor dopisywał a w oddali słychać już było speakera oczekującego na mecie.


Dumnie prezentujemy nasze zdobycze...po ten medal musieliśmy przebiec
naprawdę spory kawał ziemi.

Finisz z polską flagą był wyjątkowy...przez całą drogę miałem ją schowaną w plecaku by móc godnie i z uśmiechem wbiec na metę reprezentując Polskę, wszak tak niewielu tutaj Polaków wystartowało.

Pierwszą myśl jaką miałem za metą była: "myślałem, że ten bieg jest trudniejszy" ale niech to nikogo nie zmyli. Byłem dobrze przygotowany a ponieważ nie biegłem na maksimum możliwości robiąc po drodze zdjęcia i kręcąc filmy, dlatego przybiegłem w dobrym samopoczuciu.

Wszyscy szczęśliwie ukończyliśmy bieg i kto wie pewnie tu jeszcze kiedyś wrócimy bo nie ma wątpliwości, że jest to niesamowity pełny wspaniałych widoków i wrażeń bieg na ultradystansie. Ukończyłem w czasie 8 godzin 52 minuty 44 sekundy plasując się na 265 miejscu wśród około 1200, którzy wystartowali.

W tym roku poziom był wyższy ponieważ ten czas w 2008 dałby mi około 160 miejsce. Jak na rekreacyjne potraktowanie biegu byłem bardzo zadowolony z uzyskanego czasu. Nie spodziewałem się, że w dobrej kondycji, bez kryzysu, na alpejskiej trasie pokonam ten dystans poniżej 9 godzin.


Polska....biało-czerwoni....i tym razem nie daliśmy się ! Sławek zajął świetne 86 miejsce !!!


A tak prezentujemy się z medalami w koszulkach z biegu ;-)


Teraz już na mecie wszyscy w komplecie. Mimo długiego ultradystansu na twarzach nie rysuje się zmęczenie lecz radość z pokonania kolejnego wyzwania. W tym roku na dystansie 78,5 km wystartowało zaledwie 6 Polaków.

Ps. Gdyby miał taką możliwość to na pierwszą część dystansu z uwagi na teren i możliwość biegu około 4:20/km wybrałbym buty treningowe typu Asics seria 2130-2140 natomiast na dalszą część z uwagi na liczne skałki, podchodzenia a przede wszystkim nierówne podłoże wybrałbym lekkie i z twardszą podeszwą Asics seria

Chciałbym tam wrócić by pobiec na czas bo wiele jest na tej trasie do nadrobienia i poprawienia .


Zdjęcia:
Artur Kujawiński i Sławomir Marszałek
 
Partnerzy
mpgray
Polecam
fformy

decathlon
Imprezy sportowe:

barcelona2010
Uzyskane kwalifikacje:

UTMB220

sparta220