Artur Kujawiński

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

London Marathon 2000 - przygoda życia

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

London Marathon 2000 - Przygoda życia

Kiedy w 1995 roku Małgorzata Sobańska wygrywała maraton w Londynie nawet chyba nie wiedziałem ile dokładnie wynosi dystans maratoński, ale jej zwycięstwo utkwiło mi w głowie do dzisiaj.




Po zakończeniu wyczynowego uprawiania sprintu w 1995 roku zacząłem truchtać dla przyjemności. W zasadzie mało, tylko po 30-40 km na miesiąc. Traktowałem to jako przewietrzenie się na świeżym powietrzu... i tak mijały lata, a ja coraz więcej biegałem. Pewnego grudniowego dnia podjąłem decyzję, mając już za sobą przebiegnięty maraton w Gdańsku i w Berlinie, postanowiłem przebiec kolejny - w Londynie. Prestiż i klasa tego maratonu sprawiały, że był on dotychczas tylko w sferze marzeń. W ostatniej chwili przy pomocy Pana Paskala zgłosiłem się i miałem zaklepany numer startowy! Przypomnę, że normalnie odbywają się losowania i mniej więcej co trzeci ma to szczęście biegać w Londynie.

Właśnie kończyłem studia i podejmowałem pracę. Był początek marca 2000 roku. Dopiero rozpocząłem pracę więc o urlopie mogłem pomarzyć. Musiałem tak wykombinować wyjazd i powrót by w zasadzie nie opuścić pracy. Ponieważ już na rozmowie wstępnej (napisałem w CV) zauważono, że jestem miłośnikiem biegania dlatego spotkałem się ze zrozumieniem. Koszty wyjazdu były wysokie i w tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować mojej matce chrzestnej wspaniałej Cioci Geni za bardzo dużą pomoc finansową. Bez niej ten wyjazd byłby niemożliwy. Jest ona do dzisiaj moją najwierniejszą fanką.

Maraton odbywał się 16 kwietnia 2000 roku w niedzielę. Po zorientowaniu się w biurze podróży (jechałem autokarem, bo wtedy samolot był prawie cztery raz droższy niż bilet autokarowy) dowiedziałem się, że mogę wyjechać w czwartek popołudniu i wrócić w poniedziałek do pracy na około 9-9.30. Dzisiaj jak pomyślę to wydaje mi się to trochę szalone. Na weekend do Londynu by pobiec maraton i wrócić od razu do pracy, ale chęć wystartowania w Londynie była tak ogromna, że nic już mnie nie mogło powstrzymać!

Nadszedł wreszcie kwiecień. Po przeanalizowaniu planu Londynu i trasy maratonu ku mojej radości okazało się, że meta jest blisko dworca autobusowego Victoria Station, z którego miałem powrotny autobus do Polski. W zasadzie wystarczyło po przekroczeniu mety cofnąć się jakieś 800-1200 metrów prostą drogą.

13 kwietnia około godziny 16 wyjechałem z Poznania do Londynu. Wcześniej załatwiłem sobie jeszcze nocleg w Londynie z pomocą Pana Paskala. Podróż trwała około 21 godzin. Cały czas myślałem o biegu. Na granicy przy wpuszczaniu na wyspę – Wielką Brytanię przeważnie odbywa się przepytywanka przez strażników. Pokazałem katalog od organizatorów i dumnie oznajmiłem, że jadę pobiec w maratonie w Londynie. Strażnik spytał jeszcze mnie o dotychczasowy rekord życiowy by upewnić się, że mam pojęcie o bieganiu i maratonach. Uspokojony i upewniony, że rzeczywiście biegam, puścił mnie na drugą stronę. W przysłanym przez organizatorów katalogu widniały nazwiska wszystkich najlepszych maratończyków na świecie. Pierwsza piętnastka ze światowych rankingów w jednym miejscu!!! Tego nawet nie ma na Igrzyskach Olimpijskich. Byłem bardzo podekscytowany.

Podróż przebiegła bez problemu. Według moich obliczeń wyszło, że autobus powrotny do Polski odjedzie po 4 godzinach od momentu startu. Nieźle co? Dodatkowym ryzykiem było to, że autobusy wyjeżdżają co 2 dni, ale już przed wyjazdem byłem gotów na podjęcie ryzyka. Życiówkę miałem 3:38 więc wynikało, że gdybym pobiegł podobnie miałbym jeszcze 22 minuty na dotarcie do dworca, ale wszyscy wiemy, że maraton to duża niewiadoma i wiele może zdarzyć się na trasie. To był dopiero mój trzeci maraton. Po mocno przepracowanej zimie myślałem, że pobiegnę około 3:12... czyli miałbym jakieś 48 minut zapasu na autobus. Jak się okazało stało się inaczej...

Do Londynu dojechałem bez problemu. Zanim dotarłem do skromnego hotelu pozwiedzałem Londyn. W hotelu okazało się, że jest jeszcze jeden Polak (imienia niestety już nie pamiętam). Formalności załatwił syn Pana Paskala i już mogłem odpocząć w pokoju. Następnego dnia spotkaliśmy się z synem Pana Paskala (imienia wciąż nie pamiętam) i poszliśmy do biura zawodów odebrać numery startowe, a później pojechaliśmy do Greenwich gdzie znajdował się nasz start. Wszędzie panowała maratońska atmosfera. Po powrocie okazało się, że w moim pokoju jest trzech Japończyków. Chętnie bym z nimi posiedział i pogadał, ale następnego dnia miałem maraton i wiedziałem, że muszę się wyspać. Przeniosłem się zatem to innego pokoju, w którym nocował drugi Polak.

Na start dotarliśmy metrem. Wszędzie pełno było biegaczy, wielu było przebranych jak na karnawał. Największe wrażenie zrobiło na mnie przebranie za chrabąszcza. Oddałem rzeczy i zacząłem rozgrzewać się w parku. Zrobiło się małe zamieszanie, oto jedna para była właśnie w trakcie ślubu i postanowiła w strojach ślubnych (tylko buty mieli sportowe) przebiec razem maraton. To dopiero oryginalne uczczenie ślubu!

Start odbywał się z trzech miejsc w zależności od poziomu zawodników. Byłem w grupie drugiej. Startowaliśmy z Greenwich i jak się później okazało wszyscy spotykaliśmy się na wspólnej trasie po około 5 kilometrach. Ponieważ miałem dalszy numer – gorsza życiówka, byłem przyporządkowany do dalszego sektora. Wiedziałem, że w domu w Polsce rodzice nagrywają transmisję na Eurosporcie. Chwila nieuwagi pilnujących porządku i już byłem w bliższych sektorach. Tak przesuwając się do przodu w końcu stanąłem w około 3-4 rzędzie od linii startu. Adrenalina rosła…

Przed linią startu widziałem liczne kamery telewizyjne, fotoreporterów itp. Strzał, wiwaty i start. Wystrzeliliśmy jak z procy, chciałem być na czele z uwagi na nagrywającą się w Polsce transmisję z maratonu. Jak później zobaczyłem transmitowano niestety tylko czołówkę z grupy pierwszej, a więc liderów światowych list.

Biegłem szybko… Wiedziałem, że Anglicy używają pomiaru dystansu w milach (1609 metrów), ale myślałem, że kilometry także będą zaznaczone (były, ale tylko co 5 kilometrów). Tempo założyłem na około 4:30-4:35/km. Biegnę, mija 4:40, 4:50, a tablicy z pierwszym kilometrem nie widać. Na ulicy ludzie klaszczą, a ja oglądam się gdzie reszta biegaczy, bo biegłem w czubie kilkunastu osób. Kiedy na zegarku pojawiło się 5 minut troszkę zaniepokoiłem się, ale pomyślałem, że może mam gorszy dzień. W końcu widzę tablicę z nr 1. Patrzę dokładniej, a to 1 mila zamiast 1km czyli 1609 metrów zamiast 1000 metrów. Na zegarku czas 5:25 co dawało tempo 2 godziny i 22 minuty w maratonie (około 3:21/km) Szok… To dlatego w tej drugiej grupie – słabszej byłem w czołówce. W rezultacie po około 2,5 kilometra zwolniłem, a po około 5 kilometrach złapała mnie kolka. Dalej biegłem już normalnym swoim tempem.

Trasa biegu była przepiękna, prowadziła przez Londyn wzdłuż Tamizy, kończyła się przed pałacem Buckingham. Przy ulicach pełno było grajków – cały Londyn żył tym biegiem. Jak można było przewidzieć koło 34 kilometra miałem kryzys, typową „ścianę”, a przypomnę, że czekał na mnie autobus. I nawet taka motywacja jak autobus do Polski nie pomagała.

Cały czas spoglądałem na zegarek i sprawdzałem ile mi jeszcze zostało czasu do wyjazdu. Lekki stresik wkradł się w moje myśli. W końcu wbiegłem już przed Pałac i widziałem metę. Co za uczucie, prestiż maratonu londyńskiego dodawał jeszcze większej euforii. Wbiegłem z rękami uniesionymi do góry, bo każdy w tym biegu jest zwycięzcą. Medal, który mi powieszono był przepiękny i ciężki. Wynagradzał włożony wysiłek.

Po przekroczeniu mety zorientowałem się, że zostało mi około 24 minut do odjazdu. Od tego momentu każda minuta była na wagę złota. Myśli w mojej głowie przelatywały z prędkością światła. Pech w tym, że cały Londyn był zablokowany, pełno było poustawianych barierek, a na ulicach tłumnie stali kibice. Czasu na przebranie już nie było. Przebiegłem maraton, ale to nie był jeszcze koniec mojej trasy. Wziąłem torbę, była dosyć duża i mocno napakowana ponieważ miałem w niej wszystkie swoje rzeczy. Poszedłem do porządkowych maratonu i spytałem o możliwość podwiezienia na dworzec autobusowy. W zasadzie było blisko, ale chciałem zaoszczędzić każdą minutę. Ponieważ porządkowi bezradnie rozkładali ręce gdyż wszystkie ulice były zamknięte, zwróciłem się o pomoc do stojącego policjanta. Ten na pytanie czy mógłby mnie podwieźć na dworzec odparł, że radiowóz to nie taksówka. Hmm... teraz moja sytuacja wyglądała już cienko... Między metą a pałacem stało tysiące kibiców. Kolejne minuty straciłem na przedzieranie się przez tłum. Musiało to dziwacznie wyglądać - w stroju sportowym z zawieszonym medalem i wielką torbą niesioną oburącz przed nosem. Do tego jeszcze nogi bolały. Gdy na skrzyżowaniu widziałem taksówkę… zastanawiałem się czy do niej podbiec, stała na światłach, ale kiedy tak się wahałem taksówka już odjechała. Zostało mi już tylko jedno wyjście - szybko pieszo dojść do dworca autobusowego Victoria Station. Zostało już tylko kilka minut. Wiedziałem, że może jeszcze jedna, dwie minuty uzbierają się gdy ludzie będą wkładali bagaże do autobusu.

Trochę biegnąc, trochę maszerując dotarłem w pobliże dworca autobusowego. Wszystko zakończyłoby się normalnie gdyby nie mały manewr. W tym momencie zaczęła się prawdziwa historia. Wpadłem na „genialny” pomysł skrócenia sobie trasy. Postanowiłem wejść w uliczkę wcześniej, myślałem, że szybciej dotrę do dworca. Gdy wyszedłem z tej małej uliczki i spytałem o Victoria Station pokazano mi, skierowano, wchodzę, szukam, patrzę, a tam nie mogę znaleźć autobusów tylko... metro. Hmm... Wychodzę, pytam na ulicy i znowu to samo. Sytuacja powtarza się około 4 razy. Jak się okazało były dwa budynki obok siebie praktycznie o tej samej nazwie. Jeden budynek oznaczał dworzec metro, drugi był dworcem autobusowym. Kiedy wreszcie trafiłem na ten właściwy na stanowisku gdzie powinien stać autobus było tylko puste miejsce... było już kilka minut po czasie. No nieźle pomyślałem, usiadłem pod ścianą, miałem dużo czasu na rozmyślanie.

Autobus odjechał, jednak mnie to nie załamało, a raczej jeszcze bardziej podniosło poziom adrenaliny. W zasadzie nie było mi do śmiechu, bo w tym momencie mój bilet do Polski stał się już nieważny, a w kieszeni miałem za mało funtów by kupić sobie nowy bilet. To jeszcze nic w porównaniu ze świadomością, że następny autobus jest za 2 dni. Siedząc tak w stroju, w którym biegłem, z medalem zawieszonym na szyi, zobaczyłem na sąsiednim stanowisku inny autobus polskich linii! W oczach pojawił się błysk i szybko pospieszyłem do autobusu. Przypomniały mi się różne scenki z filmów i pomyślałem - a niech tam, zawsze warto spróbować. Wsiadłem do autobusu, spojrzałem po podróżnych i spytałem: Czy ktoś mógłby mi pożyczyć około 40 funtów na bilet do Polski? Oddam po powrocie do Polski. Ludzie na mnie spojrzeli jak na kosmitę, nikt się nie odezwał (a byli przecież Polakami), więc podziękowałem i wyszedłem z autobusu. Humor mnie jednak nie opuszczał, zawsze byłem optymistą. Miałem kolejny plan. Na dworcu w punkcie informacji-kasie spytałem czy sprzedadzą mi bilet na kredyt, ale niestety kasjer zrozumiał, że chodzi o płatność kartą kredytową. Ponieważ byłem już zmęczony i nie miałem karty kredytowej, wiedziałem, że przyszedł czas na odpoczynek i zebranie myśli. Poszedłem do WC, przebrałem się, coś podjadłem, napiłem i wreszcie usiadłem sobie na ławce w poczekalni. Trochę odpocząłem i oczywiście nie dając za wygraną rozpocząłem dalsze poszukiwania możliwości wyjechania do Polski. Przypomniało mi się, że znajomi mojej Cioci mieszkają w Birmingham. Kupiłem kartę telefoniczną i chciałem zadzwonić do Polski do Cioci by uzyskać telefon do Birmingham. W ostateczności może mógłbym u nich przenocować do następnego autobusu. Niestety, nie mogłem się jakoś połączyć z Polską. Tam zagadnął mnie pewien Polak pracujący na dworcu w jakimś butiku, który powiedział, że naprzeciwko jest biuro i mają super zniżki, ceny biletu lotniczego w cenie biletu autokarowego. Super – pomyślałem. Poszedłem, musiałem czekać w kolejce i potem okazało się, że są duże zniżki, ale dla tych, którzy mają międzynarodową legitymację studencką. Ja niestety takiej nie posiadałem.

Wróciłem na dworzec. Kilka wycieczek po okienkach i w końcu dowiedziałem się, że za kilka godzin odjeżdża ostatni autobus do Polski, ale kasjerka powiedziała, że nie może się połączyć z kierowcą by potwierdzić czy są wolne miejsca. Umówiłem się z nią, że sprzeda mi bilet i jeśli kierowca nie wpuści mnie z powodu braku miejsc to ona zwróci mi pieniądze za bilet. Zadzwoniłem do syna Pana Paskala z prośba o pożyczenie pieniędzy na bilet do Polski. Aby za dużo nie pożyczać, nie chcąc też wydawać ostatnich funtów na metro, umówiliśmy się przed największym wówczas kinem w Europie gdzie dotarłem pieszo. Trochę daleko i ciężko było z tą torbą. Do odjazdu autobusu miałem jeszcze około 3 godzin. Zmęczony, z ciężką torbą doszedłem w umówione miejsce w około 40 minut. Tam jeszcze trochę poczekałem siedząc na torbie przed kinem. Dziwny to był widok - siedziałem przed największym kinem w Europie i czekałem na pieniądze by móc wrócić do Polski. Ludzie przychodzili na seanse, a ja obok jak to zmęczony maratończyk siedziałem i czekałem...

Wreszcie przyszła dziewczyna syna Pana Paskala. Wręczyła mi potrzebną kwotę (którą oczywiście po powrocie do Polski oddałem), a ja dziękując wróciłem z powrotem pieszo na dworzec autobusowy. Kiedy przyszła godzina wyjazdu autobusu z niepewnością poszedłem na stanowisko. Wytrzeszczyłem oczy gdy zobaczyłem, że ludzi chętnych do wyjazdu jest prawie dwa razy więcej niż miejsc w autobusie. Było to około tydzień przed Wielkanocą więc jest to zrozumiałe. Poprosiłem kogoś z kolejki aby mnie wpuścił przed siebie i za drugim razem jakaś osoba mnie wpuściła. Kierowca biorąc mój bagaż spojrzał na bilet i spytał kiedy go kupiłem. Zrobiło mi się gorąco, ale nic nie dałem po sobie poznać. Odpowiedziałem, że dzisiaj i że kasjerka zapewniła, że jak będą miejsca to mogę jechać. Kierowca wzruszył ramionami, zapakował bagaż i mogłem już wsiąść do autobusu.

Uczucie kiedy usiadłem w autobusie jest trudne do opisania. Porównać to można do jednego - do człowieka strudzonego, błąkającego się, który po wielu trudnościach wraca z ziemi obcej do Polski. Głęboko odetchnąłem z ulgą i autobus ruszył. W zasadzie podróż przebiegała bez problemów, nie licząc tego, że nie miałem prawie nic do jedzenia i picia prócz dwóch suchych kanapek i małej buteleczki wody mineralnej, które były dodane do siatki reklamowej od organizatorów. Biorąc pod uwagę to, że dopiero co przebiegłem maraton, byłem zmęczony i odwodniony, jeszcze do tego kilka godzin tułałem się po Londynie. Byłem naprawdę wyczerpany, ale już szczęśliwy, że wracam do domu. Ci co przebiegli maraton wiedzą jak człowiek jest wykończony, szczególnie gdy biegł na rekord życiowy. Najchętniej bym się wykąpał, podjadł lub poszedł nawet spać, w każdym razie rzucił się na kanapę, a mnie tu takie przygody spotykały i cały czas w ciągłym ruchu.

Kiedy już wyjeżdżaliśmy z wyspy okazało się, że na promie wybuchł jakiś pożar więc czekaliśmy dodatkowo kilka godzin. Najgorsze było to, że wtedy nie miałem roamingu i nie mogłem nikogo powiadomić, że wrócę później, a tym bardziej, że nie zdążę w poniedziałek do pracy. Kiedy przekraczaliśmy granicę niemiecko-polską i wjechaliśmy do zajazdu, głodny i spragniony mogłem tylko popatrzeć na menu ponieważ nie miałem polskich pieniędzy.

W sumie podróż zamiast trwać 21 godzin trwała 30, a biorąc pod uwagę, że wyjechałem kilka godzin później niż gdybym jechał pierwszym planowym autobusem (który mi uciekł), wyszło na to, że dotarłem do Poznania prawie dzień później niż planowałem. Po kąpieli zasnąłem jak zabity. Kiedy znajomi pytali mnie o maraton w Londynie ciężko wzdychałem i jeszcze przez miesiąc nie mogłem dojść do siebie po tej całej przygodzie.

Przebiegnięcie maratonu, trud wydostania się z Anglii, złapanie autobusu, zorganizowanie nowego biletu i ciężka długa podróż kosztowały mnie wiele energii i wysiłku. Dzisiaj wspominam to jako przygodę mojego życia, a kiedy spoglądam na medal z Londynu wiem na pewno... WARTO BYŁO!!!

Artur Kujawiński
(Arti)

 
Partnerzy
mpgray
Polecam
fformy

decathlon