Artur Kujawiński

  • Zwiększ rozmiar czcionki
  • Domyślny  rozmiar czcionki
  • Zmniejsz rozmiar czcionki

III Bieg Katorżnika 2007

Ocena użytkowników: / 0
SłabyŚwietny 

III Bieg Katorżnika 2007 - "Pokonać ból"


Wyjątkowe biegi zasługują na zatrzymanie uwagi i zrelacjnowanie.
III Bieg Katorżnika. Pod względem ekstremalnego wysiłku mam już za sobą kilka biegów. Takich jak dwa razy 12-godzinna sztafeta w kopalni Bochnia 212 m pod ziemią czy 2 razy bieg na 100 km. Ale tym razem wyjechałem na bieg a w zasadzie zawody ekstremalne o wyjątkowym charakterze organizowane przez komandosów z Lublińca. Już same zdjęcia z zeszłego roku robiły ogromne wrażenie. Wystawa na jesiennym 7 Poznań Maraton jeszcze bardziej zachęciła mnie do uczestnictwa w tym biegu. Powody były w zasadzie dwa: przede wszystkim chęć posiadania niesamowitego zdjęcia pamiątkowego z bardzo trudnej trasy, druga to sprawdzenie się na ekstremalnej trasie w warunkach do tej pory mi obcych. Przeglądając zdjęcia i czytając opinie z zeszłego roku wiedziałem, że w zasadzie wszystko co na siebie założę podczas biegu trafi potem do kosza. Głównie z powodu przenikliwego błotnego zapachu oraz brudu nie dającego się potem wyprać. Początek. Zawody rozgrywane były nad jeziorem w miejscowości Kokotek k. Lublińca. Do biegu zgłosiło się ponad 500 osób. Podzieleni zostaliśmy na rundy, starty o 11:00, 12:00, 13:00, 14:00 i 15:00. Z każdej rundy proporcjonalnie 20% kwalifikowało się do niedzielnego finału. Z mojej godziny było to 15 osób. Zdawałem sobie sprawę, że nie jest to za dużo na około 80 startujących, wiec walka zapowiadała się zacięta. Po przyjeździe (w sumie z klubu startowało prócz mnie jeszcze 4 kolegów) zauważyłem wśród uczestników wielu komandosów a wiedząc, że zgłosiło się także sporo biegaczy nie miałem już wątpliwości, że przyjechałem na zawody dla prawdziwych twardzieli. Ponieważ startowałem o godzinie 13:00 ( jednocześnie zbierając punkty w drużynówce jako członek drużyny Dyrektorzy Biegów) miałem okazję zobaczyć jak wygląda start... i w jakim stanie uczestnicy przybiegają na metę ;-)


Od lewej: Zibi, Rafael, Ja, Pablo i Krzysztof. Uśmiechnięci, czyści i nieświadomi co nas czeka ;-)

Jednocześnie odbywały się pokazy sprzętu wojskowego co budowało jeszcze większą atmosferę. Dodając do tego licznych fotoreporterów i stacje telewizyjne oraz radiowe można sobie wyobrazić jaka w ciele drzemała adrenalina i jak gotowała się krew w żyłach.




Poszedłem zobaczyć start rundy pierwszej. Start zrobił ogromne wrażenie, odliczanie od 10 do 1 i wbiegnięcie blisko 140 osób z plaży do jeziora by brodząc po klatkę piersiową w brudnej wodzie dostać się na oddalony o kilkadziesiąt metrów boczny brzeg wywołało ogromne emocje. Potem biegacze zniknęli w dalszej części trasy a my na brzegu mogliśmy się tylko domyślać co dalej się działo. Z niecierpliwością czekaliśmy ponad godzinę by ujrzeć pierwszego uczestnika na mecie. Kiedy zameldował się dopiero po 1:10:15 wiedzieliśmy, że na trasie musiało być bardzo ciężko. Po chwili przybiegali następni a im dalsze miejsca zajmowali tym gorzej wyglądali....Pytani za linią mety jaka jest trasa i czy było ciężko...nie mieli siły odpowiedzieć a ich twarze trudne były do rozpoznania z powodu błota, które oblepiało w całości ich ciała. Ale nic, nie ma co się rozczulać gdyż przyszedł już czas na przygotowanie się do biegu. Zniszczony t-shirt, stare spodenki i udeptane buty, oto moja zbroja na zbliżającą się bitwę. Jeszcze tylko taśma na sznurowadła by w żadnym wypadku nie rozwiązały się i już można ruszać na linię startu.



Tak wyglądałem przed.... ;-)


Na moją godzinę na linię startu stawiły się również takie osoby jak gen. Roman Polko (były szef GROM-u) oraz Mistrz Europy i uczestnik IO w 400m ppł Paweł Januszewski. Paweł Januszewski zakończył już zawodniczą karierę i teraz poznaje smak rywalizacji w imprezach masowych a także ekstremalnych takich jak ta. Nasza runda była wyjątkowa ponieważ starterem był Minister Obrony Narodowej Aleksander Szczygło.



Eliminacje. Ruszyliśmy z impetem do wody...pierwszy raz brodziłem w butach po mulistym dnie. Szło mi to nawet dobrze. Na brzeg wybiegłem trzeci. Teraz czekał nas około 800-1000 metrowy odcinek duktą leśną, więc na takim terenie poczułem się jak w domu. Trzecia
pozycja po wyjściu z wody dodała skrzydeł tym bardziej, że reszta grupy miała kilkadziesiąt metrów straty. Następnie znowu wbiegaliśmy do wody by brodząc przez kilkaset metrów w jeszcze większym mule dostać się na drugi brzeg jeziora. Niestety grupa będąca za nami szybko nas dopadła i znów wszyscy stanowiliśmy zwartą grupę. Nogi pokonując opór wody i walkę z mułem wykonywały ogromną pracę ale nadal udawało mi się utrzymywać dobrą około 10 pozycję. Po dotarciu do brzegu wbiegliśmy w teren bagienny. Tutaj zaczął się prawdziwy Wietnam. Wszędzie błoto, bagna, niesamowity smród, czarna woda momentami prawie po szyję, wodorosty podcinające nogi, brodzenie w trzcinach i niekończące się rowy w liczbie kilkudziesięciu, które trzeba było pokonywać czasami wychodząc z nich na kolanach. Generalnie nikt o zdrowych zmysłach w stroju sportowym nie wszedłby w taki teren. Momenty gdy oczy i twarz zalewała woda o kolorze czarnym jak smoła i zapachu szamba stały się rutyną. Nogi grzęzły w bagnistym terenie a uwaga skoncentrowana była na tym by nie nadziać się na korzeń lub poślizgnąć na podmokłym terenie. Wchodzenie do kilkumetrowego rowu by zaraz z niego wyjść praktycznie na kolanach (z powodu śliskiego podłoża i malejących sił) powtórzone kilkadziesiąt razy dawało konkretnie w kość. A skoro mowa o kościach. Najtrudniejszym odcinkiem był rów melioracyjny długości 2-3 kilometrów naszpikowany grubymi gałęziami i belkami. Uderzenie goleniem kilkanaście razy w taką belkę mogło przyprawić o zawrót głowy. Niestety woda była zupełnie czarna i nie było widać czających się pod nią przeszkód. Również brodzenie w trzcinach wzdłuż linii brzegowej było uciążliwe ponieważ liczne wodorosty podcinały nogi a wydeptane rowy powodowały, że momentami człowiek wpadał prawie po szyję w wodę.







Zrobiłem jeden bardzo duży błąd. Ponieważ wiedziałem, że zawody te nie mają charakteru biegu dlatego zbagatelizowałem rozgrzewkę. Zapłaciłem za to słono ! Pierwszy raz w życiu miałem podczas zawodów 7 razy skurcz !. Brało się to z tego, że noga zapadnięta w mule, grzęzła a następnie była gwałtownie wyciągana by nie tracić czasu i móc przedzierać się dalej. To powodowało napięcie niektórych mięśni i skurcz. Najgorszy moment przeżyłem gdy zakleszczyłem się między dwie grube gałęzie i w momencie oswobadzania złapał mnie w łydce bardzo silny skurcz. Ból był tak ogromny, że myślałem, że już po biegu. Na szczęście po kilku sekundach oswobodziłem się i mimo bólu kontynuowałem bieg. Ale to wszystko kosztowało utratę cennych sekund. Cały czas przed sobą widziałem gen. Polko. Ten były szef GROMU nadal był w doskonałej formie a wiadome jest, że posmakował już niejednego maratonu i niejednego sprawdzianu dla prawdziwych komandosów. Momentami miałem go już na wyciągnięcie ręki, widziałem, że ta trasa nawet dla tak wytrawnego komandosa również nie należy do łatwych. Niestety liczne skurcze spowodowały, że uciekł mi pod koniec trasy z pola widzenia. Wkrótce po kilku skurczach dogonił mnie także Paweł Januszewski, (już mój serdeczny kolega). Do mety było już blisko. W międzyczasie dowiedziałem się, że jestem 16 mężczyzną co oznaczało, że Paweł jest 15 czyli ostatni kwalifikujący się do finału.



Po wyjściu z bagien mieliśmy odcinek biegowy w lesie, również naszpikowany licznymi gałęziami (prawie jak płotki?) oraz fragmentami bagna. Przeszkody te uniemożliwiały rozwinięcie pełnej prędkości biegu. Cisnąłem ile sił a dobiegając do ostatniej przeszkody – rowu z belkami pod którymi trzeba było się przeczołgać widziałem, że Paweł jest dosyć blisko. Skoczyłem jednym susem i jak dziki pognałem dalej na pomost. Na pomoście Paweł obrócił się raz jeszcze i widząc mnie przyspieszył... Cóż dobiegłem na metę jako 16 tracąc do 15 na mecie Pawła 4 sekundy. Za metą organizatorzy zapewniali mnie, że dostałem się do finału ale ja w głębi duszy miałem wątpliwości. Ale przecież Organizator ma rację. Musiałem poczekać na oficjalne wyniki. Czułem duży niedosyt, wiadomo jak to jest gdy do celu zabrakło...np. 4 sekundy. Ale kiedy spojrzałem na osiągnięty czas 1:09:43 poczułem satysfakcję gdyż miałem lepszy czas niż zwycięzca pierwszej rundy. W sumie po wszystkich rundach miałem około 104 czas na ponad 500 uczestników. Po znanych już oficjalnych wynikach dyrektor Biegu zaproponował mi zieloną kartę (dziką kartę) na udział w finale. Tego typu karty przyznawane są w wielu dyscyplinach a szczególnie popularne są w tenisie. Celem takiej karty jest przyznanie przez organizatora miejsca w finale osobie, którą uważa, że powinna się w nim znaleźć. Mimo, że czułem niedosyt, że zabrakło mi jednego miejsca to z drugiej strony miałem świadomość, że mój wynik na tle wszystkich był dobry. Ale cieszyć się czy płakać, że mój organizm ma jeszcze raz to przejść następnego dnia w finale na tej samej trasie? Drugi raz??? Hmmm...moje golenie porządnie oberwały i były całe poobijane a dotyk nawet dłonią powodował ból. Jednak nogi innych były w znacznie gorszym stanie i nadawały się raczej do szpitala lub do galerii sław czy męczenników ;-) Pomyślałem...jestem szalony a w sporcie wszystko może się zdarzyć więc nie wiadomo jak może potoczyć się finał – BIEGNĘ ! Kąpiel, karkówka z grilla i do tego piwko...i już byłem jak po odnowie biologicznej ;-)





Finał - do finału przystępowałem z myślą...zająć jak najlepsze miejsce a jak się uda to poprawić czas z eliminacji. Żałowałbym gdybym nie pobiegł. Golenie porządnie oberwały w sobotę ale adrenalina by znowu stanąć na starcie do rywalizacji z innymi uśmierzyła ból. Tutaj znaleźli się już najtwardsi, kilku mimo, że zakwalifikowali się do finału zrezygnowali by nie nabawić się większych kontuzji. Wiadome było,że każdy będzie walczył o jak najwyższą pozycję. Mimo, że wiedziałem, że spośród tej blisko 100 osobowej grupy najtwardszych katorżników mam jeden ze słabszych wyników to miałem zamiar dać z siebie wszystko. Zakładam drugi komplet startowy, t-shirt (przed startem był jeszcze biały), buty (poprzednie już są w koszu), tym razem kąpielówki aby było wygodniej i oczywiście rękawiczki (też przed startem jeszcze były białe). Trasa już wszystkim znana zatem nie będzie to rozpoznawanie a szybsze jej pokonywanie. Na starcie kiepsko stanąłem...jakoś nie wyrywałem się do przodu i tuż po wskoczeniu do wody byłem z tyłu stawki. Ale już po 30-40 m brodzenia w wodzie i mule przesunąłem się do przodu by na niezłej pozycji wyjść z wody . Potem bieg na którym aż tak mocno nie cisnąłem, raczej kontrolowałem zajętą pozycję. Chciałem zachować siły by nie osłabnąć w kolejnym odcinku jakim było pokonywanie brzegu jeziora w mule i wodzie po klatkę piersiową na dystansie około 500m. W eliminacjach straciłem tutaj sporo sił i pozycji. Teraz jednak szło lepiej i gdyby nie to, że kotłowalismy się w grupie mógłbym przejść nawet do pierwszej 15-ki. Jednak nie było możliwości wyprzedzenia i w sumie do bagien wychodziłem około 30-35 miejsca co uważałem za bardzo dobre w stawce około 100 najtwardszych.


Ponieważ po eliminacjach usłyszałem, że większość pokonywała rowy bagienne skokami postanowiłem teraz w finale zastosować tą technikę. Polegała ona na sporym skoku co pozwalało na znalezieniu się tuż przy wyjściu z rowu, krok czasami dwa i już byłem nagórze. Praktycznie wychodziłem kładąc kolano na brzegu ponieważ powierzchnia była zbyt obłocona przez co stawiając stopę można było ześlizgnąć się. Ten sposób pozwalał na zaoszczędzenie kilku cennych sekund na każdym rowie (porównując do wejścia , brodzenia i wyjścia). A ponieważ rowów było kilkadziesiąt można uzbierać całkiem pokaźny zapas czasu. Atmosfera była niesamowita, każdy krok był jak ucieczka przed drapieżną zwierzyną. Oddech rywali za plecami, tupot i plusk, czasem prawie skok rywala na plecy... coś niesamowitego...brakowało tylko karabinu i mielibyśmy klasyczne sceny z filmu Rambo czy Predator. Wszystko szło nieźle do około połowy dystansu. W zasadzie pokonałem prawie wszystkie rowy, poszło szybko dzięki technice skoków, teraz czekał bardzo długi rów melioracyjny plus kilka rowów zanim wybiegniemy na utwardzoną nawierzchnię. I właśnie w tym rowie melioracyjnym naszpikowanym grubymi gałęziami nadziałem się obitym wcześniej goleniem.

Ból był niesamowity, tak mnie skręciło, że musiałem się przytrzymać pobliskiej gałęzi. A za mną zbliżała się spora grupa rywali. Ból był przeszywający i mocny jakiego dawno już nie doświadczyłem. Z bólem serca (i nogi) musiałem przepuścić kilkanaście osób zanim mogłem kontynuować bieg. Pierwsze myśli były takie: co za żal tak łatwo oddać tyle pozycji...teraz już tylko aby ukończyć ten bieg co i tak z powodu bólu nie będzie łatwe. Kiedy wychodziłem z kanału melioracyjnego by wbiegać do poszczególnych rowów czułem mocny ból...niestety już nie mogłem wskakiwać do rowów tylko delikatnie do nich wchodzić przez co kolejne osoby doganiały mnie i wyprzedzały.

Wszyscy walczyli do upadłego, nikt nie miał lekko...

Teraz brodzenie w dalszej części kanału polegało na badaniu ręką z przodu czy nie natrafię na kolejną grubą gałąź. Kolejne uderzenie już chyba by mnie wyeliminowało z zawodów. Na szczęście to nie nastąpiło. Ból z czasem trochę zelżał a ja odzyskiwałem siły. Kiedy już wybiegłem na utwardzoną nawierzchnię próbowałem nadrobić ale niestety rywale za daleko uciekli i bezpośrednio nikogo nie miałem przed sobą. Zbliżając się do mety usłyszałem głośny doping kibiców, finisz na pomoście i meta. Na mecie dekorował Minister Szczygło, który zapytał mnie skąd jestem. Zabrzmiało to jak pytanie dowódcy do żołnierza wracającego z misji z jakiej jest jednostki. A ja dumnie odpowiedziałem – z Poznania. Złota podkowa na szyję i satysfakcja...pokonałem, pokonałem ból, padałem na kolana, taplałem się w błocie, słaniałem na nogach ale wszystko to pokonałem.

 



Na mecie zaczepił mnie dziennikarz z kanału Nsport zaciekawiony dlaczego jestem taki uśmiechnięty i radosny na linii mety. Wytłumaczyłem mu, że bieg ten mimo, że mam za sobą blisko 30 maratonów i biegi na 100km dał mi niesamowitą satysfakcję. Bo to przygoda dla twardych (nie tylko facetów) , pozwalająca sprawdzić się w ekstremalnych
warunkach.


Czy jeszcze w tym biegu kiedyś pobiegnę? Nie mówię NIE, tym bardziej, że zebrałem cenne doświadczenie.


Już po finale z gen. Polko
Udało mi się odegrać za eliminacje ;-)


Drugi raz finiszując po tej katorżniczej trasie.

Ps. Zająłem 71 miejsce wśród 91 najtwardszych... pokonałem gen. Polko, którego w eliminacjach zaciekle goniłem ;-) W finale znalazło się blisko 20 prawdziwych komandosów + wielu biegaczy zarówno długodystansowych jak i górskich - to oddaje trudność rywalizacji.

 


Mimo trudów na trasie zawsze uśmiech za metą ;-)


Podziękowania dla osób, które udostępniły zdjęcia w internecie:
- Krzysztof i Bernadeta Lipińscy
- Rafał Michalak
- Krzysztof Bartkiewicz
- Michał Walczewski
- Damian Niedźwiedź
- Mateusz Zawadka
- Tomasz Kubicki
- Andrzej Cymanek
- Tomasz Sokołowski

 

Na koniec informacje medialne o biegu ;-)

Dziennik.p - Mariusz Nowik
"Na uczestników czeka prawdziwy tor z przeszkodami. Organizatorzy zapowiadają błoto, rowy melioracyjne, trzęsawisko, zalane podlery czy dno jeziora na trasie biegu. Już na samym starcie zawodników czeka trudna szkoła – zagłębienie dochodzące do 1,4 metra wypełnione wodą z wodorostami, przechodzące potem w gęste trzcinowisko. Co dalej? Dalej może być już tylko gorzej – komentują organizatorzy z uśmiechem."

"Nie boją się zmęczenia, błota i naprawdę wielkich wyzwań. I mieli okazję to udowodnić. Na organizowany w weekend III Bieg Katorżnika przyjechało ponad pół tysiąca twardzieli i twardzielek. To jedyna taka impreza w Europie, a więc i gratka nie lada. Do pokonania jest siedem kilometrów między Lublińcem a Kokotkiem (Śląskie), w wyjątkowo ekstremalnych warunkach.
Co ciekawe, na trasie biegu można było spotkać generała Romana Polko, byłego dowódcę GROM-u i obecnego szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Jednak niełatwo było go rozpoznać - bez generalskiego munduru i pokrytego od stóp do głów bagiennym błotem. "


Za portalem WP.

"A więc mamy nową sportową sensację: „Bieg Katorżnika”! Już teraz, zaledwie w trzecim roku istnienia, jest to jeden z trzech największych (pod względem liczby uczestników) i najtrudniejszych biegów terenowych w Europie. Ponad 600 biegaczy (w tym kilkadziesiąt kobiet) ścigało się w dniach 11–12 sierpnia w lasach pod Lublińcem na ekstremalnie trudnej, ponad ośmiokilometrowej trasie.

Ale twardego gruntu było na tej „trasie” nie więcej niż półtora kilometra: reszta dystansu prowadziła przez błota, szuwary i trzęsawiska otaczające płytki, bagnisty zalew Kokotek. Gdyby nie zdjęcia, które tam wykonaliśmy, trudno byłoby uwierzyć, ile hartu ducha, kondycji i samozaparcia wymagało od uczestników ukończenie tego wyścigu."

 

 

 
Partnerzy
mpgray
Polecam
fformy

decathlon