30th Stockholm Marathon




Szwecja z lotu ptaka, dzięki licznym wysepkom nazywana jest Wenecją północy.

Już na miejscu, jeszcze tylko dostać się do hotelu i można rozpocząć zwiedzanie ;-)

Na początek muzeum Nobel-a

Zmiana warty zawsze robi wrażenie.

Dla takich widoków warto zwiedzać świat. Spokój, relaks i cieszące oczy pejzaże.

Na wygłupy też jest czas... ;-)

Ach mieć taki sprzęt i móc w wolnej chwili wyskoczyć na przejażdżkę...


Wielkie statki mieszczące nawet po 2 tysiące ludzi budziły podziw...

Mam nadzieję, że kiedyś też wybiorę się w odległy rejs takim statkiem

Mała przymiarka... kiedyś....kiedyś z pewnością ;-)

Urocze przybrzeże, klimat który trzeba poczuć. Można tak siedzieć i patrzeć choćby na niebo...

Pirackie okręty zawsze pobudzały moją wyobraźnię

W tym tkwi jakaś magia, odległych czasów i bitew morskich

Czy czegoś podobnego nie można stworzyć na Warcie w Poznaniu? :(

Czyż ta zatoczka nie jest przepiękna?






Podróż wodną taksówką tak się spodobała, że zaliczyłem 2 rundy ;-)


Tak to ja lubię ;-) Czyli pełny relaks i oderwanie od świata.

Kulminacyjnym punktem zwiedzania było muzeum, w którym znajdował się
szwedzki okręt Vasa

Vasa to szwedzki okręt wojenny - królewski galeon, słynny z powodu jego spektakularnego zatonięcia, a następnie wydobycia i przekształcenia w okręt-muzeum.
"Vasa" należał do klasy największych szwedzkich galeonów nazywanych Regalskeppet (okręty królewskie). Zbudowany został między 1626 a 1628 w Sztokholmie na zlecenie króla Gustawa Adolfa, pod nadzorem duńskiego budowniczego Henrika Hybertssona. Był przeznaczony do wzięcia udziału w wojnie z Polską. Powstawał, gdy antypolska histeria osiągała w Szwecji apogeum. Stąd m. in. umieszczone pod latrynami galeonu rzeźby przedstawiające polskich szlachciców. Król miał wpływ na prace projektowe, życzył sobie między innymi, żeby nowy okręt był największy z galeonów, a przy tym smukły. Główny projektant zmarł na rok przed ukończeniem okrętu. W rezultacie, powstał najsilniejszy z ówczesnych galeonów, lecz zbyt długi i wysoki jak na swoją szerokość, wyposażony w wysokie i bogato zdobione nadbudówki. Uzbrojenie stanowiło 64 dział umieszczonych głównie na dwóch zakrytych pokładach działowych. 120 ton balastu kamiennego było niewystarczające do zrównoważenia wysoko położonych mas, w tym zwiększonej artylerii umieszczonej na górnym pokładzie. Widoczne to było już podczas próby stateczności, lecz pomimo jej niepokojących wyników, admirał Klas Fleming dopuścił okręt do wypłynięcia w próbny rejs.
10 sierpnia 1628 "Vasa" pod dowództwem kapitana Söfringa Hanssona wyruszył w pierwszy próbny rejs z portu sztokholmskiego, obserwowany przez tłumy ludzi na brzegu. Jeszcze w obrębie portu, po postawieniu żagli i wydostaniu się zza osłony nabrzeżnych skał, podmuch wiatru spowodował silne przechylenie się okrętu na lewą burtę. Po nabraniu wody przez otwarte furty działowe, okręt przewrócił się na burtę i zatonął, pociągając za sobą około 30 do 50 marynarzy. Okręt przepłynął zaledwie około mili. Zwołana później komisja nie obarczyła nikogo odpowiedzialnością za katastrofę. Warto nadmienić iż o sabotaż oskarżono wówczas domniemanych polskich agentów, którzy mieli celowo zmienić dane konstrukcyjne okrętu.
W 1664 i 1665 roku z wraku wydobyto większość dział za pomocą dzwonu nurkowego, usuwając część pokładów. Potem, zapomniano o nim na prawie 300 lat.
W 1956 wrak spoczywający na głębokości 32 m został odnaleziony przez archeologa-amatora Andersa Franzéna. Zdecydowano wydobyć wrak, w celu pogłębienia wiedzy o XVII wiecznym budownictwie okrętowym i zyskania cennego zabytku. Powołano w tym celu komitet Vasy. W toku długotrwałych prac, pod wrakiem wydrążono 6 tuneli, przez które przeciągnięto kable; inwentaryzowano również wszystkie odłamane fragmenty. Wrak następnie podniesiono za pomocą dwóch pontonów przymocowanych do kabli i przeholowano na płytszą wodę, gdzie następnie przeprowadzono pod wodą doraźne prace remontowe, mające zapewnić "Vasie" pływalność, żeby mogła wpłynąć do suchego doku. Między innymi, zatkano furty działowe. Dzięki warunkom Bałtyku, wrak zachował się w dobrym stanie, między innymi dzięki brakowi organizmów Teredo navalis żywiących się drewnem.
24 kwietnia 1961 wrak "Vasy" został wydobyty na powierzchnię za pomocą pontonów, następnie wypompowano wodę z połatanego kadłuba. Kolejnym trudnym i kosztownym wyzwaniem była konserwacja okrętu, spoczywającego w wodzie od 333 lat. Początkowo wrak spryskiwano wodą w celu zapobieżenia wysychaniu. Od 1962 zaczęto spryskiwać go konserwującym, w skład którego wchodził poli(tlenek etylenu) (PEG). Spryskiwanie okrętu roztworem trwało 17 lat i zakończono je w 1979. W latach 80. podjęto prace nad odbudową nadbudówek i dołączaniem luźnych części, jak rzeźb i ornamentów. Rekonstrukcja i konserwacja okrętu, który znalazł pomieszczenie w specjalnym budynku w Sztokholmie, nadal trwa. Według stanu z lat 90., jest on w prawie 95% oryginalny.
Na okręcie i na dnie znaleziono ponad 14 000 przedmiotów, w tym ponad 700 rzeźb oraz 6 zapasowych żagli. "Vasa" jest obecnie umieszczony w Muzeum Vasa (Vasa Museet), na Djurgården w Sztokholmie, otwartym dla publiczności w 1990 i stanowiącym obecnie najczęściej odwiedzane muzeum w Szwecji.

Tak wyglądała Vasa przed utonięciem.

Te działa miały dokonać wielu spustoszeń.
Przyznam, że kule armatnie naprawdę były ciężkie.


Rekonstrukcja twarzy jednego z uczestników feralnego rejsu

Blisko 400 letni okręt w pełnej okazałości.

Szwecja znana jest z wyrobów ze szkła.
Te szklane maski zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie.

Zawsze mnie fascynowała kultura Indian...czy ci byli prawdziwi?
Hmmm nie spytałem ale grali i śpiewali przepięknie

Podobno najwęższa uliczka w Stockholmie...

I oczom naszym ukazał się wspaniały park rozrywki

Łódź Vikingów potrafiła nieźle się rozbujać

Kolejny lunapark do zwiedzenia

Zupełnie jak z teledysku Backstreet Boys ;-)


Cały świat wiruje a my razem z nim.

Zadziwiające machiny, które mają wprawić uczestników w prawdziwą ekstazę.


Bajkowe zamki, stwory i ...

... szaleństwo na rollercoasterze ;-)

To była część artystyczna a teraz czas na tą najważniejszą...sportową
Stockholm w założeniu miał być maratonem o charakterze turystycznym. Wiedząc, że ma być upał i górki, nie nastawiałem się na czas i bicie rekordów. Do tego zluzowane treningi po maratonie w Wiedniu i oto mamy obraz przygotowań czyli prawie "na żywca". Stockholm przywitał prawdziwym słońcem i jasne było, że na trasie będzie ciężko. Analiza profilu trasy na mapie wyglądała jednak w miarę spokojnie, podobnie jak trasa poznańska. W głowie świtała myśl...a może tak pobiec trochę szybciej? Start organizatorzy zaplanowali na 14:00 co przy upalnej pogodzie było dosłownie skazaniem na ścięcie głowy. Głośne apele by dużo pić, korzystać z pryszniców i gąbek uświadamiały, że będzie naprawdę ciężko. Przyznany pierwszy sektor tuż za czołówką porywał samoistnie nogi to szybszego biegu...tej adrenaliny nie da się opisać...kiedy stoisz w 3-4 rzędzie a za tobą około 12 000 ludzi. Początek pobiegłem za mocno, może zbyt pochopnie myśląc, że im szybciej pobiegnę tym krócej będę męczył się w tym upale. Połowa przebiegnięta w 1:31:24 ukazuje, że biegłem na czas <3:05 co przy tych warunkach jakie panowały z pewnością było niemożliwe by z takim rezultatem ukończyć. Mimo, że nie byłem już w pełnym treningu z uwagi na zbliżający się urlop, czułem, że lekko mi się biegnie. Gdyby nie upał z pewnością ukończyłbym z dobrym wynikiem. Rosnąca temperatura i otwarte przestrzenie spowodowały, że moje tempo między 20 a 25 km znacznie spadło. Zaczęła się prawdziwa katorga. Na punktach odżywczych spędzałem sporo czasu pijąc kolejno cały kubek napoju izotonicznego, kolejny kubek z wodą, następnie prysznic oraz zmoczenie czapki w misce z wodą. Normalnie przebiegnięcie przez punkt odżywczy to wypicie w biegu 2-3 łyków wody i podążanie dalej do następnego kilometra. Tym razem aby uchronić się przed odwodnieniem i udarem słonecznym najważniejsze było dostarczenie organizmowi sporej ilości wody i częste chłodzenie. Dodatkowo okazało się, że trasa jest bardziej pagórkowata i trudniejsza niż to wynika z mapy. Dalsza część biegu polegała już na tym aby nie szkodzić zdrowiu i w miarę dobrym samopoczuciu dotrzeć na stadion olimpijski. Przyznam, że taka perspektywa mety dodawała otuchy. Warto było z uśmiechem przy pełnych trybunach biec po tym legendarnym stadionie. Czas nie jest rewelacyjny (3:20:33) ale jednak 763 miejsce na 10 650 biegaczy, którzy dotarli do mety może satysfakcjonować. Jak pomyślałem za metą: gdybym wiedział, że będzie tak ciężko pewnie bym nie zdecydował się pobiec. Ale tak mówi się i myśli w pierwszych minutach po ukończeniu ciężkiego biegu. Minęło 15-20 minut i już byłem jak nowo-narodzony ;-) To właśnie jest piękno sportu.
Zamykam oczy i przypominam sobie sprinterskie treningi i zawody...to jeszcze powróci za 5-10 lat ... w weteranach.

Jednym ze sponsorów maratonu była znana firma Reebok

Ekipa MANIAC-ów w drodze na start...
oj trzeba być maniakiem aby w blisko 30 stopniowym upale biegać maraton ;-)

Pajdo i Zeniu czyli kumple z osiedla i treningowi kompani

Gorący asfalt i pogoń do kolejnego punktu odżywczego gdzie czekało "zbawienie"

Jak było ciężko pokazują poniższe zdjęcia...

Takie schłodzenie przy panującej wysokiej temperaturze starczyło na jakieś...200m

Ale gdyby nie te prysznice pewnie wynik byłby o 15 -20 minut gorszy

W głowie wirujące pytania...dlaczego jest tak gorąco i dlaczego takie podbiegi ?

Meta - ulga, spełnienie i szczęście. Naprawdę było bardzo ciężko.

Ten medal jest już mój ;-)

Autorzy zdjęć:
- Magda Horowska
- Artur Kujawiński
| < Poprzednia | Następna > |
|---|






